czwartek, 28 marca 2013

Tropem Jezusa z Nazaretu


Spotkałem Jezusa, ale nie w sensie ludzkim, bardziej adekwatnym stwierdzeniem byłoby, że doświadczyłem jego obecności. Jednak nie wiązało się to pozornie z wyprawą do Ziemi Świętej, ale tylko pozornie, bo patrząc z perspektywy czasu, być może wcale Jego obecności bym nie dostrzegł, gdyby nie ta podróż.

W Tel Awiwie postawiłem pierwszy raz stopę na „Ziemi Obiecanej” jako świadomy katolik, osoba wierząca, takie przynajmniej miałem wyobrażenie o sobie samym. Myliłem się, może nie wiele, ale jednak się myliłem. Czy to, co nastąpiło później da się wiarygodnie opisać? Uprzedzam od razu, że nie, bo są takie chwile w życiu, kiedy brakuje adekwatnych słów, ale jednak spróbuję.

Widziałem Galileę, miejsca cudów dokonanych przez Naszego Pana Jezusa Chrystusa, sama obecność w tych miejscach dawała poczucie uczestnictwa w czymś niezwykłym, bo przecież właśnie w tych miejscach przed dwoma tysiącami lat działy się rzeczy niezwykłe. W Galilei, a nie w cieniu kościołów upamiętniających wydarzenia z życia Pana, najsilniej czułem, że kroczę po śladach jego ziemskiej ścieżki.

Jednym z najciekawszych momentów tej podróży była kąpiel, nie w wodach Jordanu, a w Morzu Galilejskim. Wynurzając głowę ponad taflę jeziora zobaczyłem, że otacza mnie tylko woda, przed sobą widziałem nieprzebrane trzciny a nad głową miałem bezchmurne niebo. Taki widok, czystej nieskazitelnej przyrody, rozpościerał się przed Jezusem i jego uczniami. To nie na tablicach pamiątkowych, a w przyrodzie najłatwiej było dostrzec ślady tego, co rozgrywało się w Galilei przed dwoma tysiącami lat. Czasem tylko chwile refleksji zakłócał przelatujący samolot przypominający o XXI wieku. Dla osoby niewierzącej to może nic nie znaczyć, dla wierzącego to obcowanie ze śladami obecności Syna Bożego.

Sierpniowe słoneczne popołudnie wydaje się czymś przyjemnym, ale kiedy kroczymy po ściernisku za plecami mając Rogi Hittin, a gdzieś na horyzoncie z trudem dostrzegamy Jezioro Tyberiadzkie, dalecy jesteśmy od odczuwania przyjemności, tym bardziej, że zapas wody nam się szybko kończył. Zaledwie kilkadziesiąt minut w upale bez kropli wody sprawiał dyskomfort, a co mogli czuć krzyżowcy tocząc w tym miejscu śmiertelny bój, ubrani z ciężkie zbroje? Jak silna musiała być ich wiara, że godzili się ryzykować życie i znosili trudy nieporównywalne z tym, co odczuwało kilku Polaków kroczących po tej ziemi w 2012 roku? A przecież jeszcze wcześniej po tej ziemi nauczając stąpał Jezus Chrystus.

Kiedy szuka się śladów Chrystusa nie sposób nie być w Jerozolimie. Paradoksalnie jednak o ziemskie ślady Jego obecności w tym mieście jest niezmiernie trudno, Jerozolima po Męce Pańskiej została zburzona i kilkakrotnie przebudowywana przez zmieniających się zarządców miasta. Ale przecież nie kamień, którego dotknął Jezus jest najważniejszy. Chociaż, jak dobrze poszukamy, to jest i szansa na takie miejsca natrafić.

Istotą pielgrzymki jest to, czego doświadcza dusza. A Jerozolima gwarantuje nam doznania dla wszystkich zmysłów i ducha. Opisywałem już smutny obraz miejsca, gdzie dokonał się największy cud, czyli Grób Pański, smutny przez ciągłe przepychanki towarzyszące temu szczególnemu miejscu. Ale chrześcijańskiego ducha możemy znaleźć nie tylko wśród zabytków, ale i na ulicy. Wejdźmy do sklepów prowadzonych przez chrześcijan i porozmawiajmy z nimi, o ich problemach związanych z obecnością w miejscu, gdzie ścierają się ze sobą różne religie. Zwróćmy też uwagę na krzyże, których nie ukrywają, które mają być świadectwem ich wiary w środowisku zdominowanym przez muzułmanów i żydów.

Na ulicy znajdziemy też najpiękniejszą w sensie duchowym Drogę Krzyżową. Historycy za chwilę wytłumaczą nam, że to tylko Droga umowna, że te kamienie raczej nie były świadkami Męki Pańskiej, że Jerozolima sprzed dwóch tysięcy lat śpi od wieków gdzieś na głębokości 18 metrów. Znawcy sztuki podadzą nam spis Dróg Krzyżowych z całego świata, ozdobionych przepięknymi obrazami i rzeźbami. Jednak nic nie zastąpi nam Drogi na jerozolimskiej ulicy, wśród kupieckich straganów. Kupcy na Drodze Krzyżowej to świętokradztwo, ktoś zawoła! Nie patrzę na to w ten sposób, to raczej namiastka tego, co działo się dwa tysiące lat temu.

Opis nie oddaje tego, ale uczestnictwo w takim przeżyciu, to silny zastrzyk energii dla osoby wierzącej, zastrzyk, który z pewnością umocni naszą wiarę. Świat zaczyna się postrzegać inaczej po takiej podróży. Trudno wskazać, konkretną przyczynę, ale jednak tak było w moim przypadku i życzę, aby tak również się stało w przypadku czytelników.

Na koniec zostawiłem najistotniejsze: pobyt w Ziemi Świętej sprawił, że zacząłem wyraźniej dostrzegać pewne drobne wydarzenia, które choć niepozornie błahe, rzutują na moje życie. Dlaczego? Nie pytajcie, po prostu tak się stało. Kiedy pakowałem się przed powrotem do Polski, spotkałem osobę, z którą prowadzę już kolejny miesiąc rozmowy za pośrednictwem Internetu. Wyruszyłbym kilkadziesiąt minut wcześniej, lub ona przybyłaby trochę później i nigdy byśmy się nie spotkali.

Niedawno odebrałem smsa z podziękowaniem, za to, że kilka lat temu pomogłem nagłośnić akcję zbierania krwi dla chorego chłopca, w którym znajdowała się również informacja, że maluch właśnie wygrał z białaczką. Widziałem radość dziecka otwierającego prezent otrzymany od nieznanej jemu osoby w ramach akcji Szlachetna Paczka, a chwilę później, kiedy przez telefon relacjonowałem darczyńcy pobyt u obdarowanej rodziny, słyszałem wzruszenie w głosie Pani Kasi, która tak bardzo się starała, aby obcej rodzinie uprzyjemnić święta.

Kiedy dobro powraca jako dobra nowina i dobre słowo, kiedy ludzie wpadają przypadkiem na siebie w obcym kraju i powstaje z tego - można by powiedzieć transoceaniczna - znajomość, kiedy człowiek pomaga bliźniemu, myślę, że w takich chwilach Chrystus jest tuż obok. Nasze życie pełne jest takich chwil, musimy je tylko nauczyć się dostrzegać, a ujrzymy również ślady naszego Pana Jezusa Chrystusa. Nawet jeśli nie otaczają nas piaski Ziemi Świętej tylko zaśnieżone polskie ulice w marcu 2013 roku.


Tekst ukazał się na portalu  www.pch24.pl

wtorek, 19 marca 2013

Dom Kajfasza - szukając ciszy



Gdzie znaleźć wytchnienie w Jerozolimie? Czy jest miejsce pozwalające odpocząć od gwaru ulic? Trudno o to w Bazylice Grobu Pańskiego, Góra Oliwna, z uwagi na turystów, też nie jest najlepszym miejscem dla poszukujących. Tym bardziej przebiegająca przez ulice pełne kupców Droga Krzyżowa. W poszukiwaniu ciszy i spokoju powinniśmy się wybrać w miejsce, które blisko 2000 lat temu wcale spokojne nie było.

Dom Kajfasza, to tutaj prawdopodobnie sądzono Jezusa, tutaj też zamknięty w lochu miał oczekiwać na wymierzenie kary. Nieopodal siedział zatrwożony święty Piotr i przypominał sobie zapowiedź Chrystusa, że zanim kur trzy razy zapieje, on trzy razy zaprze się swojego Mistrza. Upamiętnia to wydarzenie pomnik przedstawiający św. Piotra. Ponad apostołem znajduje się kur, którego pianie miało przypomnieć przepowiednię Mesjasza. Można by powiedzieć, że w tym miejscu coś się skończyło i coś się zaczęło. Zaparcie się Mistrza, czyli upadek Piotra, było jednocześnie początkiem drogi św. Piotra do zostania Głową Kościoła.

Na część Piotra wznosi się tutaj również kościół jego imienia, z którego możemy dostać się do podziemi, aby zobaczyć pozostałości po Domu Kajfasza, jednego z kapłanów, który nawoływał do pozbycia się Zbawiciela. Co prawda historycy nie maja pewności, czy są to ruiny domu, który należał do arystokraty żydowskiego sprzed 2000 lat, jednakże z uwagi na położenie, wielce prawdopodobne jest, że w wyschniętych cysternach w podziemiach domu znajdował się loch, w którym przetrzymywano Jezusa. Współcześnie turyści mogą zejść do celi więziennej, i zmówić modlitwę więźnia, której tekst jest pozostawiony dla turystów w wielu językach, również w polskim. Zejście do lochu, w którym człowiek ogarnięty jest przez mrok i w górze widać dające nadzieję światło, w zestawieniu ze słowami modlitwy, pozostawia w sercu niesamowite doznanie.

Nieopodal Domu Kajfasza znajdują się również antyczne schody, to rzadka trasa, która była świadkiem wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci. Jak przepowiedział Chrystus, nie minęło wiele czasu a kamień na kamieniu nie pozostał z ówczesnej Jerozolimy. Żołnierze Cesarstwa Rzymskiego zniszczyli totalnie miasto. W trakcie oblężenia umierający z głodu ludzie posuwali się nawet do kanibalizmu, losy miasta przypieczętowała rzeź, a później przebudowa. Jak pokazała dalsza historia, można było próbować usuwać symbole materialne, zastępować miejsca kultu pogańskimi świątyniami. Nie udało się jednak zniszczyć potęgi wiary, która do dziś sprawia, że Jerozolima jest miastem świętym.


artykuł ukazał się na portalu: www.pch24.pl

piątek, 15 marca 2013

Papa Latino


"Papa Latino" napisała uradowana przyjaciółka z Meksyku na facebooku w dniu wybory Papieża Franciszka, a ja z ogromną przyjemnością podzieliłem jej radość, bo Europa potrzebuje Papa Latino.
Kościół na Starym Kontynencie jest w odwrocie, widać to niestety również w mojej ojczyźnie.
Pogłębia się kryzys wiary, a cześć z tych którzy wierzą zdają się oczekiwać od kapłanów herezji. Słyszę zarzuty, że Kościół zniechęca młodych, za dużo wymaga, że kroczy drogą, która nie przyciąga wiernych, ale jednocześnie wskazówki na rozwiązanie tych problemów, budzą grozę. Akceptacja dla In vitro, aborcji, eutanazji, bo przecież świat się zmienia idzie do przodu i Kościół musi też się zmieniać.
Tylko po co nam Kościół, który nie jest fundamentem, po to aby celebrować ładnie prezentujące się uroczystości, o których sensie za chwilę wierni nie będą mieli pojęcia? To nie jest słuszna droga, a głosy duchownych, którzy gotowi są na "flirt" z  "postępem" obyczajowym budzi raczej przerażenie, bo gdyby to oni mieli decydować o nauce Kościoła, za chwile obudzilibyśmy się  w jakiejś pseudoreligijnej popwspólnocie.
Pomimo, że wśród Kardynałów trudno byłoby znaleźć zwolenników obrania "postępowego" kursu przez Kościół, to wybór Papieża z Ameryki Łacińskiej cieszy szczególnie.

Nie sposób odczytywać wyboru nowego Papieża inaczej niż jako działanie Ducha Świętego, a raczej ewidentny dowód  na Boską interwencję, bo wbrew "cudownie  rozmnożonym" w ostatnim czasie watykanistom, na następcę Św. Piotra został wybrany Kardynał bez większych szans u dziennikarzy.

Franciszek, jako  Papież spoza Europy ma szanse wnieść świeży powiew do Kościoła i wskazać właściwą drogę wyjścia z kryzysu, jego siłą jest z pewnością doświadczenie z Ameryki Łacińskiej, w której słowo ubogi, znaczy często zupełnie co innego niż wyobrażać sobie mógłby żyjący w dostatku Europejczyk. Paież Franciszek  pochodzi również z kraju, w którym władze nie stronią od wprowadzania postępowego prawodawstwa, prowadzącego do niszczenia rodziny. Kardynał z Buenos Aires, nie wahał się
prezentować stanowiska Kościoła w opozycji do politycznych elit,  nie ukrywał, że egalizacja związków homoseksualnych nie jest dla niego polityczna przepychanką, a wojną pomiędzy dobrem a złem, co powinno być również drogowskazem dla Polskiego Kościoła.
Wreszcie to właśnie świeccy Latynosi, współcześnie mogą nam świecić przykładem prawdziwej i szczerej wiary. Wystarczy spojrzeć na piłkarskie gwiazdy - Messi czy Kaka, którzy nie boją się okazywać swojej wiary na stadionie, czy meksykański aktor Eduardo Verastegui, zaangażowany w projekty promujące wartości chrześcijańskie.
Wierzę, że Franciszek  da nam lekcje chrześcijańskiej pokory i uniżenia godną jego patrona, ale również rozpali w nas latynoski ogień, pięknej, silnej wiary. Viva el Papa Latino.

poniedziałek, 11 marca 2013

Na górę Oliwną


Jednych budzi pianie koguta, większość wstaje kiedy przypomni o sobie budzik lub telefon komórkowy. W Jerozolimie nie trzeba nastawiać budzika. Rano budzi nas muezin, a kiedy ucichły wezwania do modlitwy i przewracałem się na drugi bok w nadziei, że jeszcze chwilkę pobędę w objęciach snu, przypomnieli głośnym biciem dzwonów o sobie prawosławni. I bardzo dobrze, w Świętym Mieście nie ma czasu na sen. Wstaję i wspólnie z kompanami mojej podróży planujemy kolejny dzień w Ziemi Świętej.

Jest sobota –Szabat - i nie udaje nam się znaleźć żadnego sklepu, w którym moglibyśmy kupić coś do zjedzenia na śniadanie. Pozostaje nadzieja, że po drodze spotkamy chrześcijańskich lub arabskich sprzedawców. Ruszamy zaopatrzeni poprzedniego wieczoru w butelki z wodą. Przechodzimy obok wieży króla Dawida i kierujemy się w kierunku Góry Oliwnej. Żal mi trochę Króla Dawida. Jego wieża nie pamięta czasów swojego patrona, była za to punktem strategicznym podczas licznych walk toczonych o Jerozolimę, gościła w swoich murach większość armii przemierzających Bliski Wschód. Z pewnością wiele te mury mogłyby nam opowiedzieć, jednak nic o królu Dawidzie, podobnie jest z grobem władcy na górze Syjon. Odkryte miejsce pochówku zostało otoczone legendą, według której spoczywa tam władca Izraela. Królewski grobowiec stał się również punktem zapalnym w kontaktach pomiędzy żydami, chrześcijanami i muzułmanami, każda z wielkich religii chciała mieć to miejsca na własność.

Godzina jest wczesna, w Polsce nawet w upalnym sierpniowym okresie czułoby się przyjemny chłód, tutaj od rana towarzyszy nam piekące słońce. Zaczynamy się wspinać na Górę Oliwną. Droga jest stroma. Odwracając się widzimy przepiękną panoramę Jerozolimy z majestatyczną złota kopułą Al Aksy. Widokiem tym będziemy cieszyć również później.

Wkrótce pojawia się grupa turystów, która dojechała na górę autokarem, a za turystami niczym cień podąża Palestyńczyk oferujący widokówki. Dla tych, których nie zadowala kartka z widoczkiem, jest inna oferta. Beduin z osiołkiem, w końcu nie ma jak zdjęcie z tubylcami na Facebooku. Uciekając przed zgiełkiem otwieramy bramę do kościoła Pater Noster. Świątynia znajduje się w przepięknym ogrodzie, spacerując wśród drzew i kwiatów możemy oglądać tablice z modlitwą Ojcze Nasz w różnych językach, wchodząc na krużganek odnajdujemy polska wersję modlitwy, której nauczył nas nasz Pan Jezus Chrystus.

Na Górze Oliwnej znajduje się również skała z odbiciem stopu Zbawiciela, po zapłaceniu 5 szekli wyznawcy islamu, pilnującemu tej pamiątki po proroku zwanym przez nich Isa, i odstaniu kilku minut w kolejce, wchodzimy z grupa pielgrzymów do niewielkiej budowli. Zgiełk w środku jest tak duży, że żadnej stopy nie dostrzegam, kamień ogarnia blask, ale nie jest to cud, to błyskają flesze aparatów. Muzułmański dozorca wchodzi do środka i prosi o opuszczenie pomieszczenia, aby zrobić miejsce kolejnym pielgrzymom, tym razem czeka już kolorowo ubrana grupa ze Środkowej Afryki. Schodzimy w dół mijając cmentarz żydowski, u stóp góry rosną drzewa oliwne. Kiedyś pokrywały one całe wzgórze dając mu nazwę. Współcześnie możemy oglądać tylko niewielki ogród, symbolicznie nawiązujący do miejsca w którym Jezus Chrystus spędzał ostanie chwile.

Z ogrodu można przejść do Pięknej Świątyni Narodów, zwanej tez Świątynią Agonii. Zachęcam, aby przejść przez ulicę, oprzeć się o niewielki murek i z tej perspektywy podziwiać przepiękne malowidło na frontowej ścianie kościoła. Nieopodal jest również prawosławna świątynia w której ma się znajdować grób Matki Boskiej. To specyficzna świątynia: wchodzi się do niej po schodach w dół, a panujący mrok, rozświetlany jedynie świecami i zapach kadzideł tworzy niesamowitą atmosferę. Wracamy do Starej Jerozolimy przez Bramę Świętego Szczepana, przez nią wyprowadzony z miasta i ukamienowany został pierwszy chrześcijański męczennik. Dalsza część wędrówki to już osobna historia…


Tekst ukazał się na portalu pch24.pl

sobota, 23 lutego 2013

Kłótnie nad pustym Grobem


Pusty Grób Jezusa Chrystusa od wieków był celem pielgrzymek chrześcijan i nie tylko z całego świata. Miejsce, w którym ciało żydowskiego nauczyciela miało spocząć na wieki, stało się symbolem triumfu Boga, który pokonał śmierć. W sąsiedztwie znajduje się Golgota, miejsce ukrzyżowania Jezusa z Nazaretu, z krzyżem, który symbolizuje ofiarę, złożoną przez Syna Bożego aby odkupić grzechy ludzkości.

Świątynia, w której znajdują się najdroższe dla każdego chrześcijanina miejsca, nazywana jest Bazyliką Grobu Pańskiego. Przez wieki była świadkiem burzliwych losów Świętego Miasta - Jerozolimy, sama również odczuwając historyczne burze. Początkowo na miejscu Bazyliki stała pogańska świątynia, postawiona przez Rzymian dla zatarcia pamięci Chrystusie. Później bizantyjski cesarz zadbał, aby Grób Pański, został otoczony należnym mu szacunkiem. Jednak nowa chrześcijańska świątynia nie oznaczała nastania spokojnych czasów dla tego miejsca. Panowanie muzułmańskie, wyprawy krzyżowe i walki o wpływy wielkich imperiów odbiły się również na tym miejscu. Po pożarach i przebudowie obecnie widzimy zupełnie inną świątynię, niż ta, którą budowali przed wiekami Bizantyjczycy. Jednak współcześnie, choć i losy Świętego Miasta są mniej krwawe niż wcześniej, to wokół Grobu Chrystusa rozgrywają się sceny, które smucą i mogą pozbawiać poczucia sacrum.

Idąc pierwszy raz do Bazyliki Grobu Pańskiego dowiaduję się od spotkanego po drodze franciszkanina, że dzisiejsza wizyta w tym świętym miejscu nie jest najlepszym pomysłem. Jest ostatni piątek ramadanu i muzułmanie również odwiedzają grób swojego proroka Isy, którego chrześcijanie uważają za Syna Bożego. W związku z tym świątynia jest przepełniona pielgrzymami i atmosfera jest bardziej napięta niż zwykle. Wspólnie z towarzyszami mojej wyprawy postanowiliśmy jednak zaryzykować, po przedarciu się przez licznie zgromadzonych wokół skały namaszczenia muzułmanów, docieramy do Grobu. Okazuje się, że prawdopodobnie wielu pielgrzymów posłuchało ostrzeżeń zakonnika, gdyż kolejka nie jest wcale duża. Co prawda panuje ścisk, nie jest jednak najgorzej. Tak się przynajmniej wydaje. Nagle upada idąca przede mną grekokatoliczka, i zaczyna krzyczeć, prawdopodobnie skręciła kostkę.

Mijając ogromne świece wchodzimy do ciemnego pomieszczenia. W środku stoiprawosławny duchowny, który w pewnym momencie zaczyna krzyczeć i uderzać w ścianę, po chwili schyla się i znika pod niskim łukiem, który prowadzi bezpośrednio do grobu. Po chwili szarpiąc wyciąga lamentujące starsze kobiety, chrześcijanki obrządku wschodniego.

Za długo się modliły. Przychodzi kolej na naszą trójosobową grupkę. Tyle osób akurat może pomieścić się w Grobie. Panuje półmrok, nad kamieniem, na którym miało leżeć ciało Chrystusa ustawione są świece. Panuje cerkiewna estetyka. Zdaję sobie sprawę, że klęczę w miejscu, w którym przed dwoma tysiącami lat zdarzył się największy cud. To w tym miejscu Zbawiciel powstał z martwych, to tutaj Anioł obwieścił kobietą dobrą nowinę o zmartwychwstaniu. Tutaj stali zakłopotani Apostołowie nie wiedząc, co myśleć o pustym grobie, który zobaczyli. Moją modlitwę przerywa uderzanie o ścianę, nie chcę być szarpany, więc wspólnie z kolegami pokornie wychodzimy. Ale czujemy, że musimy tutaj powrócić.

Powracamy na niedzielną mszę świętą. Nabożeństwo odbywa się w języku włoskim (tydzień później trafiliśmy na mszę sprawowaną po japońsku ). Kiedy wierni zaczynają śpiewać stojący obok zakonnik przykładając palec do ust ucisza pielgrzymów i wymownie wskazuje na popów. Katolickie uwielbienie Boga przez śpiew nie jest mile widziane. Nie przeszkadza natomiast prawosławny chór, który zagłusza kazanie biskupa wygłaszane na golgocie.

Po porannej mszy widać, że większość pielgrzymów jeszcze odsypia poprzedni dzień. Po Bazylice krążą pojedyncze osoby, więc liczymy, że nadarzy się okazja na dłuższą modlitwę przy Grobie Zbawiciela. Kiedy mam się już schylić i wejść do grobu, pop szarpie mnie za ramię i przesuwa na lewo, to samo spotyka stojących za mną pielgrzymów. Okazuje się, że musimy ustąpić miejsca prawosławnym pielgrzymom, którzy widocznie nie mogą czekać jak inni wierni. Liczymy, że chociaż na Golgocie będzie okazja do chwili refleksji i modlitwy. Jest tutaj spokojniej, niektórzy klęczę i się modlą, inni spokojnie czekają na swoją kolej, aby dotknąć jarzma krzyża. Zaczynam odczuwać atmosferę sacrum, zadumę nad cierpieniem Syna Bożego, przerywają znajomo brzmiące odgłosy - pielgrzymi z Polski. Kobieta w średnim wieku robi slalom pomiędzy klęczącymi, staje przy Krzyżu, mężczyzna robi zdjęcie. Czy pielgrzymi oczekujący duchowych przeżyć, mają porzucić wszelką nadzieję w tym świętym miejscu? Absolutnie nie. Udało nam się znaleźć, w końcu okazję do spokojnej modlitwy. Atmosfera Bazyliki Grobu Pańskiego zmusza jednak do refleksji.


Artykuł został opublikowany na stronie www.pch24.pl  

czwartek, 17 stycznia 2013

Absalom




Sabalom był synem Króla Dawida. Temu młodzieńcowi biblia przypisuje  nieprzeciętnie piękny wygląd. Jednak uroda nie szła w parze z cnotami duchowymi królewskiego potomka. Najpierw zabił on swojego brata, pomimo, później zbuntował się przeciwko ojcu, samemu ogłaszając się królem. Dawid, nie mając wyboru wysłał armię, która rozbiła wojska zbuntowanego Absaloma, prosił jednak, aby oszczędzono jego syna. Przywódca buntowników jednak przepłacił starcie z ojcem życiem. Uciekając przed ścigającymi go 
żołnierzami, zaplątał swoje długie włosy w gałęzie. Muł na którym jechał pognał dalej, a żołnierze złapali i zabili królewskiego syna. Król Dawid został zapamiętany jako Wielki Władca, do dzisiaj legendarne miejsce jego pochówku jest celem do którego zmierzają wyznawcy trzech wielkich religii monoteistycznych. Po Absalomie pozostał natomiast grobowiec. Który góruje ponad innymi grobami, w dolinie pod murami starej Jerozolimy. Starożytna budowla, na którą dwa tysiące lat temu Jezus Chrystus 
musiał spoglądać jako na pamiątkę po zamierzchłych czasach, przyciąga wzrok turystów już z oddali. Można do niej dojść wychodząc z Kościoła Narodów i kierując się z lewo, następnie schodząc w dół. Dopiero kiedy stanie się przy niej oszałamia swoim ogromnym rozmiarem. Obok niej plastikowe butelki i worki, widać buntowniczy syn nie zasłużył sobie na szacunek jaki otacza jego wielkiego ojca. Przechodzący nieopodal młodzi Chasydzi opowiadają nam, że niedaleko znajduje się grobowiec córki faraona. 
Widać, królewski syn ma szlachetne towarzystwo.

czwartek, 3 stycznia 2013

Polski Indiana Jones - Antonii Ferdynand Ossendowski


Z wykształcenia był chemikiem, w notatkach biograficznych określany jest również jako działacz naukowy i gospodarczy, myśliciel, futurolog, publicysta, autor książek dla dzieci, myśliwy, antykomunista. Jednak ta długa lista profesji, pozostaje niepełna, bez określeń podróżnik, globtropper, bo to chęć poznawania świata, wciąż pchała tego niezwykłego człowieka ku nowym, często awanturniczym przygodom, które później opisywał w licznych książkach. Przed wybuchem Drugiej Wojny Światowej, doliczył się 130 wydanych 
książek, rocznie potrafił oddać do druku sześć pozycji. Czy ten literacki tytan, to kolejna postać filmowa, bardziej tajemniczy krewny Indiany Jonesa? Z czasów swojego rewolucyjnego zaangażowania, a później antybolszewickiej działalności, być może również kuzyn Jamesa Bonda? Nie, to postać z krwi i kości, Ferdynand Antonii Ossendowski.Za życia porównywany z takimi sławami jak London, Kipling, Conrad, czy Hemingway. Czasem ta sława jemu wręcz przeszkadzała w podróżach, o czym wspomina w "Gasnących Ogniach", kiedy to autor, pierwszej krytycznej książki o Leninie, zmuszony był do politycznych dysput, z przedstawicielami, nieraz oświeconych czerwonym blaskiem rewolucji, elit. Innym razem otoczony wianuszkiem kobiet, żądnych opowieści o pełnych romantyzmu podróżach lub czarach i magii z jaką zetknął się podczas podróży po Dalekim Wschodzie i opisał w książce " Przez kraj ludzi, zwierząt  i bogów". 
Antonii Ferdynand Ossendowski urodził się w 1876 roku pod Witebskiem w rodzinie o tatarskich korzeniach. Już jako student chemii na Uniwersytecie Petersburskim rozpoczął swój podróżniczy szlak uczestnicząc w wyprawach naukowych na Kaukaz oraz Syberię. Podczas wakacji zaciągnął się na statek jako pisarz okrętowy i odwiedzał miasta Orientu. Dzięki tym wyprawom zdobył pierwszą literacką nagrodę - Petersburskiego Towarzystwa Literackiego za "Chmurę nad Gangesem"(wspomnienie z podróży do Indii). Po rozruchach studenckich, w których brał udział zmuszony jest opuścić Rosję i naukę kończy podczas przełomu wieków na francuskiej 
Sorbonie. W 1905 roku prowadził badania geologiczne dla wojska w rosyjskiej Mandżurii, tam też zostaje przywódcą Rewolucyjnego Komitetu Naczelnego, sprawując władzę wojskowa nad całym Dalekim Wschodem. Za protesty przeciwko represjom względem Polaków w Kongresówce skazany został przez Carski sąd na karę śmierci, później zamienioną na karę wiezienia. Po wyjściu na wolność opisuje lata 1908-08 spędzone w więzieniu w książce "W ludzkim pyle" zdobywając uznanie Lwa Tołstoja. Tak rozpoczyna się na 
dobre jego kariera pisarska. Wraz z wybuchem I Wojny Światowej, kontynuuje działalność pisarską i zaczyna opisywać przygody niemieckich szpiegów w Rosji, - “Zdobywcy Świata", ma to być powieść fantastyczna, jednak, niewykluczone, że jest oparta na życiowych doświadczeniach pisarza., który w1918 roku był zamieszany w przekazanie wywiadowi USA tak zwanych Akt Sissona, mających zawierać informacje o powiązaniach Wodza Rewolucji - Lenina i czołówki bolszewików z wywiadem niemieckim.Leninowi, zawdzięcza 
zresztą Ossendowski swoją pisarską sławę. 
Powieść zatytułowana "Lenin", w której opisuje on życie przywódcy bolszewików od dzieciństwa aż do śmierci, jest bowiem szokiem dla zachodniego świata. Po raz pierwszy Włodzimierz Ilicz Lenin, zostaje bowiem pokazany, jako zbrodniarz, rządny krwi szaleniec, który realizuje swój diabelski plan. Przywódca Bolszewików w powieści Ossendowksiego, ukazany jest nie jako tytan niosący czerwone światełko pokoju dla ciemiężonych klas. Jest on potworem, który skutecznie posługuje się manipulacją i propagandą, dla osiągnięcia swoich celów, nawet kiedy dopadają go demony przeszłości, nie zawraca z obranej drogi życiowej. . 
Kolejna książka, która przyniosła uznanie polskiemu pisarzowi, zrodziła się z brawurowej ucieczki. W 1920 roku stojąc na czele oddziału Białych żołnierzy, Ossendowski  prowadzi ewakuację  z nieprzyjaznej i zagrożonej bolszewizmem Syberii. Szlak tej wyprawy przebiegał przez Mongolię i Chiny. Wspomnienia z tej przygody zawarł Ossendowski we wspomnianej już książce "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów". Przebywając w Mongolii poznał dowódcę walczących o niepodległość wojsk mongolskich -Barona Romana Ungerna  von Strernberga, znanego jako Krwawy Baron. Ta tajemnicza postać, potomek Krzyżaków i Buddysta, powierzył Ossendowskiemu historię swojego barwnego życia, które zresztą zakończył krótko po rozstaniu z Polakiem.

Ossendowski zanim powrócił do wolnej Polski w 1922 roku odwiedził jeszcze Japonię i Stany Zjednoczone. Wizyta w kraju Kwitnącej Wiśni, zaowocowała zbiorem opowiadań "Szkarłatny Kwiat Kamelii". W swoich krótkich utworach inspirowanych legendami japońskimi, zawarł on opowieści o miłości i honorze, ukazując jednocześnie piękno, tajemniczość i oryginalność japońskiego społeczeństwa. 
W niepodległej Ojczyźnie zajął się pracą akademicką, oraz był doradcą w sprawach przemysłu zbrojeniowego w Ministerstwie Spraw Wojskowych oraz do spraw Azji w Ministerstwie Przemysłu i Handlu. wciąż jednak pragnie poznawać świat. Z własnej już woli, bez historyczno-politycznego przymusu 
odwiedził m.in Amerykę Północną, Hiszpanię i Zachodnią Afrykę. relacje z jego podróży i felietony publikowane są w Rzeczpospolitej, ABC, Kurierze Warszawskim, Słowie Polskim. Zostaje również wiceprezesem Polskiego klubu Turystycznego. W 1932 roku jego powieść "Głos pustyni". Doczekała się adaptacji w filmie "Sokół pustyni"- Film ten rozgrywał się w niecodziennych dla polskiego kina dwudziestolecia międzywojennego plenerach pustynnych. Główną rolę w tym awanturniczym romansie zagrała ówczesna 
gwiazda kina - Eugeniusz Bodo. Pod koniec lat 30 zwiedził Palestynę, Syrię i Mezopotamię, swoje refleksje opisując w pozostającej wciąż aktualnej książce- "Gasnące ognie" . Konflikty rozgrywające się wokół Świętych miejsc za czasów Ossendowskiego, wciąż niestety pozostają aktualne, podobnie jak konflikt arabsko- żydowski, którego współczesną genezę również przedstawiono w "Gasnących ogniach"
W czasie II Wojny Światowej Ossendowski początkowo mieszkał w Warszawie i utrzymywał się z handlu. Udzielał się również w konspiracji, gdzie był odpowiedzialny za 
przygotowanie planów nauczania w przyszłej niepodległej Polsce, której nie doczekał. W 1942 roku zmienia wyznanie z porzuca Luteranizm i zostaje katolikiem. W połowie 1944 roku przeprowadził się w okolice Milanówka, gdzie umiera po ciężkiej chorobie serca 3 stycznia 1945 roku. Kiedy na te tereny Polski weszli Sowieci na cmentarzu w Milanówku dokonali ekshumacji ciała pisarza, aby mieć pewność, ze wróg towarzysza Lenina nie żyje. Krótko przed śmiercią odwiedził go krewny Barona von Ungerna, Von Sternberga,  co 
przepowiedzieć miał Ossendowksiemu Buddyjski mnich (Baron przyjdzie po niego przed śmiercią). Okoliczności śmierci i jego niespokojne losy w pierwszych tygodniach po zgonie, oddawały kwintesencję życia Antoniego Ossendowskiego, pełnego przygód, z wydarzeniami historycznymi w tle, a także ocierające się o mistykę i okultyzm wschodu. 

pisząc powyższy tekst korzystałem z książek A.F. Ossendowskiego "Gasnące Ognie", ZYSK i S-KA, Poznań 20011 oraz "Przez kraj ludzi zwierząt i Bogów", LTW, Łomianki 2008."Szkarłatny kwiat kamelli", LTW, Łomianki 2011