środa, 26 września 2012

Po co komu koło zapasowe


Nie może być gorszego od spóźnialskiego kierowcy, który wycieczkę z turystami rozpoczyna od stacji paliw, bo okazuje się, że wyruszył w trasę z pustym bakiem. Tak myślałem, do czasu, aż wsiadłem do busa z biletem na objazdową wycieczkę Masada, Morze Martwe, Jerycho, Qumran. Skoro kwestia punktualności okazała się rzeczą mało istotną, za to tankowanie okazało się pilnie potrzebne, to czy mogło przydarzyć się cos gorszego?
Dla poprawy humoru zmęczonych czekaniem turystów, kierowca uruchomił klimatyzację, ale grzyb, którego zapach rozniósł się po całym samochodzie, nie był z gatunku rozśmieszających, ani halucynogennych, bo żaden pasażer się nie uśmiechnął.
Ale mogło być gorzej, mogło nie być klimatyzacji, najważniejsze, że ruszyliśmy.
Qumran, zaliczone, Masada, na szybko, ale zaliczona, kolejne punkty wycieczki odhaczamy skuteczniej, niż młody japończyk siedzący przede mną zdobywa punkty grając w wirtualny baseball na swoim smartphonie.
Do czasu. Podróż przerywa głośny huk. Zarzuciło samochodem w lewo, później w prawo. Kierowca zjechał na pobocze. Wychodzi z auta, ogląda tylne koło i kręci głową. Po kwadransie udaje się kierowcy gdzieś do dzwonić. Teraz możemy wyjść z samochodu. Po prawej mamy Morze Martwe, nazwa jak najbardziej na miejscu w sytuacji, kiedy słońce grzeje niemiłosiernie, a po drugiej stronie ulicy rozciąga się pustynia. Okazuje się, że samochód nie jest wyposażony w koło zapasowe. Dowiadujemy się, że mamy czekać. Więc czekamy. Siedzimy w czymś, co w polskich warunkach byłoby cieniem rzucanym przez skałę. W Izraelu, na pustyni ciężko to nazwać cieniem, ale lepsze to niż stanie pełnym słońcu, tak jak uczynił to japończyk, który nie może oderwać się od swojej gry. Czekamy.
W końcu pojawia się drugi bus. Mamy się do niego pakować. Kolega mruczy pod nosem, że w ramach rekompensaty mogli, by każdemu podarować butelkę wody. Tylko, po co mają to robić. Przecież mamy napoje w plecakach. Ruszamy dalej, kierowcy załatwią nam wejście grupowe na plaże dzięki czemu zaoszczędzimy kilka szekli, to też jakaś rekompensata. Wliczona w atrakcje zakupionej wycieczki.

Falaflowy mistrz


- witajcie chłopcy- zagadnął falaflowy mistrz gdy tylko pojawiliśmy się w jego mini restauracyjce w okolicy Jaffa Gate. Dlaczego mini? Bo 3 osoby zajmowały cały lokal, tyle samo było w nim miejsc siedzących, plus stolik i krzesła przed lokalem, ale te zarezerwowane były dla kolegów falaflowego mistrza, którzy ucinali sobie z nim całodniowe pogawędki.
- dobrze trafiliście, tutaj zjecie najlepsze falafle z Jerozolimie, pochwalił naszą decyzji o wejściu w jego nieskromne progi. Każdy z nas, na nasz smutny polski sposób zamawia po picie z falaflami, ale mistrz kontynuuje swój show...
- lubisz ostre?
- tak, poproszę na ostro
- tylko nie płacz!
- spokojnie, nie będę płakał, lubię ostre...
- a Ty?
- poproszę łagodne – odparł mój kolega
- no spicy, no cry!!! hahaha

Habibi



- Habibi..coś tam, coś tam…habibi….cos tam coś tam….
Mówi do kolegi arabski robotnik.
Habibi to słowo, którego znacznie poznałem kilka dni wcześniej. Po polsku znaczy „kochanie”, ale w Palestynie, „habibi” nie tylko szepce chłopak na ucho przytulając swoją dziewczynę. „Habibi” zwracają się kupcy do turystów, dodając często I have special prrrice, only for you.. .oczywiście ta cena jest specjalna tylko dla mnie, tak samo, jak Don Juan miał TYLKO jedną kochankę.
Ponieważ tego samego zwrotu używa robotnik do swojego kolegi, a nie wyglądają oni na sympatyków parad równości, wnioskuję, że w tym kraju po prostu wszyscy darzą się miłością, szczególnie, miłuje się niewiernego z portfelem pełnym szekli, lub jeszcze lepiej dolarów.
A robotnicy? – cóż rozmawiają sobie, przecież coś w pracy robić trzeba. A jak im się rozmowa znudzi, to jeden zacznie dłubać kilofem w ziemi, drugi pochwyci wiaderko, a trzeci podejdzie nadzorować ich pracę. I tak przez jakiś kwadrans, aż znowu pojawi się temat do rozmowy, a tych nie brakuje.

Ziemia Święta - przybyłem, zobaczyłem, już planuję powrót


Czy uszczuplenie swoich oszczędności, w dobie kryzysu było rozsądne? Pewnie nie, ale czy Krzyżowcy nie zastawiali swoich majątków ruszając do Ziemi Świętej? To dopiero było ryzyko. Dlatego nie zastanawiałem się długo, kiedy dostałem propozycję wyprawy doIzraela. 15 sierpnia nie świętujemy. To dzień rozpoczęcia naszej wyprawy. Zamiast na poranną mszę stawiam się na odprawę na lotnisku im. Fryderyka Chopina. Jest nas trzech, pielgrzymów, którzy na własną rękę postanowili zwiedzić Ziemię Świętą. Podczas weryfikowania naszego celu podróży, okazuje się, że rozmówca mojego kolegi, zna moją karierę polityczną - młodego prawicowca z Kujaw, wygląda na to, że nie tylko agenci Mosadu są dobrze poinformowani, ale również pracownicy linii lotniczych, a może nie ma tutaj różnicy.
Lotnisko w Tel Avivie wita nas rozgrzanym powietrzem, na szczęście pierwsze zderzenie z wysoką temperaturą łagodzi klimatyzacja, na lotnisku, w kolejce miejskiej i wreszcie w busie, którym docieramy do Tyberiady. W pobliskim kościele zatrzymujemy się na modlitwę. Nasza przygoda się rozpoczyna.
Stacjonujemy w Galilei, ale pierwsze kroki kierujemy do Świętego Miasta - Jerozolimy. Poszukując miejsca na nocleg, dowiadujemy się od polskiego franciszkanina, że trafiliśmy na okres szczególny. Jest ostatni piątek Ramadanu. Żydzi przygotowują się do Szabasu. Nad miastem krąży nieustannie helikopter, tnąc powietrze, w którym unosi się napięcie.
Nocleg znajdujemy w Hotelu Jaffa Gate, klimatyzację zastępuje w nim wiatraczek, nie jest to obiekt, którego oczekiwaliby zwolennicy ofert all inclusive, ale dla trzech facetów z Polski jest on wystarczający. Zresztą wszelkie niedogodności rekompensuje widok z dachu naszej noclegowni. Szybko orientujemy się, że od Grobu Pańskiego dzieli nas może 5 minut drogi.
Bazylika Grobu Pańskiego, to miejsce niezwykle ważne, ale i przez uwidacznianie podziałów w Chrześcijaństwie smutne dla katolików. Atmosferę sacrum przed wejściem do Grobu, zakłóca głos popa, który krzykami i klepaniem w ściany, ponagla pielgrzymów. Podjąłem cztery próby pomodlenia się przy miejscu zmartwychwstania naszego Pana, skuteczne były tylko 3, raz zostałem wyrzucony, z kolejki, bo należało zrobić miejsce dla pielgrzymki ortodoksów ze wschodu.
Pielgrzymom wschodniego obrządku, pomagali nie tylko pilnujący grobu Popi, sami również potrafili o siebie zadbać. Kobieta, która roniła łzy i całowała miejsce spoczynku ciała Jezusa, chwile wcześniej nie miała skrupułów, aby okazać brak szacunku dla swoich bliźnich, którzy pokornie czekali na swoją kolej, wchodząc przed nich. Msze katolickie w Bazylice Grobu są ciche, nie wolno śpiewać, wolno za to je zagłuszać śpiewami prawosławnych. Ale udaje się znaleźć chwilę na refleksję w tym świętym miejscu, bez groźby przepędzenia przez Popa. Najlepszym rozwiązaniem, okazuje się umówienie z Franciszkanami, na sobotni wieczór. Jesteśmy w gronie około 12 Katolików, którzy po godzinie 21 zostają zamknięci w Bazylice.
Tak drogi czytelniku. Zamknięto nas na około 3 godziny. Przed 21:00 przyszedł arab, odpowiedzialny za zamykanie świątyni, wdrapał się po drabinie, którą po skończonej operacji przez niewielki otwór oddał mnichom w bazylice i zamknął Świątynie. Do północy był czas na sprzątanie i szansa na spokojną modlitwę i medytację dla garstki zgromadzonej w niej Chrześcijan. Wówczas można było doświadczyć potęgi świętości tego miejsca. Dlatego, jeżeli Bazylika Grobu Pańskiego jest dla nas miejscem świętym, a nie tylko miejscem gdzie można pstryknąć kolejne zdjęcia do wrzucenia na facebooka, powinniśmy zarezerwować sobie czas po 21 i porozmawiać z Franciszkanami, czy jest jeszcze miejsce na ich liście gości.
Do Grobu Zbawiciela warto wybrać się krocząc symboliczną Drogą Krzyżową, Jerozolima z czasów Chrystusa, została doszczętnie zniszczona przez Rzymian, dlatego niemożliwym było dokładne odtworzenie drogi Męki Pańskiej. Krocząc od stacji do stacji natrafiamy zarówno na miejsca gdzie w spokoju można się pomodlić, kapliczkę z której bezpośrednio trafić można do sklepu z pamiątkami, jak również zwyczajną tablicę, umieszczoną gdzieś na murze wśród kupieckich straganów.
Jedna ze spotkanych osób, mówi mi, że brak jej sacrum na Via Dolarosa, moim zdaniem tak powinno być. Chrystus niosąc krzyż, też nie był otoczony skupionym i refleksyjnym tłumem, miał zdecydowanie ciężej, niż współcześni chrześcijanie, którzy aby się pomodlić, muszą czynić znak krzyża w tłumie rozgadanych muzułmanów. Bez obaw tutaj nie grozi to niebezpieczeństwem, co innego poza murami Starej Jerozolimy, tam bywa różnie (o tym za chwilę).
Góra Oliwna, znajduje się w dzielnicy muzułmańskiej, z jednej strony Chrześcijanie nie są na niej mile widziani, w końcu to niewierni, do tego świniojady, ale paradoksalnie wita się ich z otwartymi ramionami, bo jednocześnie są źródłem szekli za zdjęcie z osłem, czy pocztówkę. Na szczycie możemy podziwiać piękna panoramę Jerozolimy, po uiszczeniu opłaty zobaczyć skałę z odbiciem stopy Jezusa Chrystusa, ale moim zdaniem największe wrażenie robi Kościół Pater Noster. Oprócz świątyni mamy tutaj piękny ogród, w którym znajdujemy tablice z modlitwą Ojcze Nasz, w najróżniejszych językach. Po odkryciu nieznanych mi sposobów mowy chociażby z Afryki, odnajduję polską treść modlitwy.
U stóp góry możemy zobaczyć Grotę Getsemani, sąsiadujący z nią Kościół oraz Kościół Grobu NMP, nieopodal znajdujemy również Bazylikę Agonii, zwaną też bazylika Narodów.
Godny polecania jest również spacer doliną Gehenny, kiedyś miejsce składania ofiar z dzieci, współcześnie najbardziej spokojne i pozwalające na znalezienie chwili wytchnienia miejsce w okolicy Jerozolimy, oraz doliny Cedronu, która jest cmentarzem, odnajdujemy na jej zboczach między innymi grobowiec Absamona, który już w czasach Jezusa uchodził za starożytną budowlę. Podczas wyprawy otaczającymi stare miasto dolinami, przechodzi się przez muzułmańskie osiedle. Jeżeli, ktoś szuka nieprzychylnych spojrzeń, to miejsce idealne dla niego. W pewnym momencie, biegła za nami grupka dzieciaków, wykrzykując coś po arabsku, cokolwiek to znaczyło nie brzmiało jak „jesteście tu mile widziani, witajcie”.
Ogromne wrażenie robi na nas w Jerozolimie Kościół Św. Anny wybudowany przez Krzyżowców. Piękno gotyku urzeka i zapewnia doskonała akustykę - wskazane śpiewy (jeżeli ktoś został obdarzony łaska pięknego głosu). W sąsiedztwie miejsce, gdzie Jezus miał uzdrowić paralityka i ruiny, przypominające o burzliwej historii Świętego Miasta.
Ziemia Święta to jednak nie tylko Jerozolima. Dlatego po kilku dniach wracamy doGalilei. Miejsc związanych z Jezusem Chrystusem, tutaj nie brakuje: Nazaretunie trzeba przedstawiać, bezpośrednio nad Jeziorem Galilejskim położone jest Kafarnaum, gdzie znajdują się ruiny domu Piotra, a także synagogi, nieopodal miejsce gdzie Jezus rozmnożył ryby i chleb, aby nakarmić lud. W tej samej okolicy odnaleziono łódź, z pierwszego wieku, która jako znalezisko archeologiczne jest jedną z atrakcji turystycznych regionu, kto wie, czy to w niej nie wypływał na wody Jeziora Galilejskiego Jezus wraz z uczniami.
Niezapomnianym wrażeniem jest również kąpiel na dzikiej plaży, aby dotrzeć do wody, musimy, przedrzeć się przez prawdziwe morze trzcin, które skutecznie zasłaniają nam „zdobycze cywilizacji” na horyzoncie. Dzięki temu, możemy rozkoszować się tym samym nieskazitelnym widokiem, który ukazywał się oczom zbawiciela na przykład w Magdalii (Migdal), miejscowości, z której pochodziła Maria Magdalena (z Migdal), a dziś jest miejscem prac archeologicznych.
Wybrzeże jeziora galilejskiego możemy podziwiać wspinając się na górę Arbel, oprócz wrażeń wizualnych, gwarantowana również odrobina adrenaliny i widok „przyklejonych” do skał pozostałości po wyprawach Krzyżowych. Wracając inną drogą będziemy stąpać po ziemi, na której miała miejsce klęska Krzyżowców, podczas bitwy pod rogami Hittim.
Ze szczytu góry widzimy zarys drugiego brzegu i majestatyczne wzgórza. Tam znajduje się Hippos miejsce wykopalisk archeologicznych. Jest to doskonała atrakcja dla lubiących spacery wśród antycznych ruin, zabawę zbyt dociekliwym może popsuć widok drutów zbrojeniowych, umieszczonych w niektórych z kolumn. W tym miejscu warto jednak uważać, druty i tabliczki ostrzegające przed minami znacznie ograniczają pole eksploracji terenu i przypominają o trudnej historii bliskowschodnich konfliktów.
Kilka dni w Jerozolimie to za mało, dlatego kolejny weekend również spędzamy w Świętym Mieście. Góra SyjonWieczernik, wreszcie dom Kajfasza, i znajdujące się w pobliżu schody, którymi prawdopodobnie prowadzono Jezusa. Jest tu również pomnik upamiętniający zaparcie się Chrystusa przez Piotra. To kolejne odwiedzone przez nas miejsca.
U Kajfasza, schodzimy do cysterny, która w czasach Jezusa mogła służyć za więzienie. Przypomina nam się film „Pasja” i scena z zakutym w kajdany Jezusem, umieszczonym w lochu. To mogło być właśnie w tym miejscu.
Ponieważ bez Judaizmu nie byłoby Chrześcijaństwa, odwiedzamy najświętsze miejsce dla naszych Starszych Braci w Wierze – Ścianę Płaczu. Czeka na nas oczywiście bramka sprawdzająca, czy nie wnosimy materiałów niebezpiecznych, oraz informacja o konieczności posiadania odpowiedniego stroju. Jako goje, aby zbliżyć się do muru, zakładamy specjalne „turystyczne jarmułki”, czekające na wizytujących miejsce nie- żydów. Nie spotykamy się jednak z oznakami wrogości, ortodoks w średnim wieku, skinieniem daje nam do zrozumienia, że nie będzie problemem, jeżeli staniemy pomiędzy nim a Ścianą Płaczu. Opuszczając Święte dla wyznawców Judaizmu miejsce mijamy „Żyda – liberała” w krótkich spodenkach, jest on jednak w swoim stroju osamotniony.
Szybko orientujemy się, że wyszliśmy z części żydowskiej i jesteśmy na terytorium muzułmańskich, ponieważ zmienił się zapach i otoczenie. Świeże powietrze, zastąpił zapach przypraw, a czysty chodnik, zaśmiecony bruk. Podobny kontrast spotkamy w części ormiańskiej, przepełnionej zapachem kadzidełek. Jeżeli chodzi, o przyjemności dla ciała, warto wybrać się do Tawerny Ormiańskiej (podczas, gdy sklep spożywczy i punkty z falaflami zaspokajały jedynie energetyczne potrzeby naszych organizmów, u Ormian, oddawaliśmy się kulinarnej rozkoszy), w okolicy Jaffa Gate. Khaghoghil Derev, czyli zupa na jogurcie z baraniną w liściach winogron, to rozkosz dla podniebienia, zasłużona po trudach całodniowego maszerowania po Świętym Mieście.
Jest tutaj tyle do zobaczenia, że pewnego dnia pierwszy posiłek, otrzymaliśmy od spotkanej przy jednej ze Stacji Drogi Krzyżowej, polskiej zakonnicy około południa, ponieważ zauroczeni Świętym Miastem zapomnieliśmy o zakupieniu czegokolwiek na śniadanie. Za to herbatniki i sok grejpfrutowy, otrzymany od Siostry smakowały wybornie.
Będąc w Izraelu koniecznie trzeba zobaczyć twierdzę Masada. Na miejsce docieramy busem w ramach wykupionej wycieczki. Po drodze, przytrafia nam się przygoda, ponieważ pęka koło od samochodu, którym jedziemy, a kierowca nie posiada zapasowego, na szczęście, po przymusowym postoju na pustyni. Ruszamy w dalsza drogę.
Wśród atrakcji mamy również JerychoKumran i kąpiel w Morzu Martwym, którą określiłbym raczej taplaniem się w błocie, bo jeżeli, ktoś nie widzi sensu, w smarowaniu się błotem dla polepszenia urody, to za wiele przyjemności na wybrzeżu najbardziej słonego akwenu nie zazna. Woda jest tak słona, że podjęcie jakiejkolwiek próby pływania, mija się z celem, ze względu na wyporność, można tylko leżeć na wodzie i smarować się błotem.
Nuda! Dlatego Masada to największa trakcja tej wycieczki. Twierdza położona na pustyni w pobliżu Morza Martwego. Ponieważ mamy ograniczony czas dostajemy się na szczyt góry kolejką, chociaż wijąca się w dole ścieżka zachęca do powrotu i „zdobycia twierdzy” o własnych siłach, walcząc z nie dającym wytchnienia upałem.
Twierdza ta była świadkiem historii upadku powstania Zelotów przeciwko Rzymowi. Operując polską nowomową, można by rzec, że szafując życiem całego narodu żydowskiego podjęli oni z góry przegraną walkę, z potężnym Imperium Rzymskim, by upaść w latach 70 pierwszego wieku. Legenda głosi, że załoga twierdzy wraz z kobietami i dziećmi popełniła zbiorowe samobójstwo, pozostawiając kilku wojowników, aby wykrzyczeli nadchodzącym Rzymianom, że Masada już nigdy więcej nie upadnie. Słowa te powtarzają Izraelscy żołnierze do dnia dzisiejszego i nic nie wskazuje aby mieli swoją tradycję zmienić.
Ciekawostką dla fanów Tolkiena mogą być znajdujące się na terenie twierdzy miniatury pokazujące jak ruiny wyglądały w czasach świetności, można w nich dopatrzeć się pierwowzoru Minas Tirith, czy jednak Tolkien, rzeczywiście myślał o Żydowskiej Twierdzy, opisując miasto we Władcy Pierścieni – nie wiem. Pewne natomiast jest, że historia klęski żydowskich powstańców, jest upamiętniana przez Żydów jeszcze po upływie blisko 2 tysięcy lat. To co było narodową tragedią, stało się dumą i wzorem. Część polaków, mogłaby się uczyć podejścia do historii od Narodu Wybranego.
Gdy po raz drugi znalazłem się na lotnisku w Tel Avivie, wiedziałem, że jeszcze kiedyś musze wrócić do Ziemi Świętej. Kiedy dokładnie nie wiem, ale dwa tygodnie to za mało by poznać jej bogactwo. Uroczy żeński personel skrupulatnie sprawdza mój bagaż, wiem, że to dla mojego bezpieczeństwa, a obsługa jest również cierpliwa, kiedy pomimo moich zapewnień okazuje się, że w plecaku mam sprzęt elektroniczny (zapasowy telefon komórkowy, o którym w ciągu 2 tygodni zapomniałem), nie ma większego problemu i sprawa zostaje szybko wyjaśniona.
Odlot opóźnia się, z powodu strajków, więc znajduję czas aby w strefie bezcłowej zakupić „History o Jews” Paula Johnsona. Lektura idealna, zanim po raz kolejny spakuje plecak i wyruszę do Ziemi Świętej. Następnym razem, będę też pamiętał, aby spakować ze sobą Pismo Święte. W końcu to w Ziemi Świętej znajduje namacalne dowody, że zarówno Stary jak i Nowy Testament, to historia narodu i naszego Zbawiciela, która miała miejsce w konkretnym miejscu i czasie, a nie bajka wymyślona na skutek upojenia winem, jak chcieli by niektórzy aspirujący do miana światłych. Dlatego, zamiast przyjemnie siedzieć w salonie, warto czasem spakować plecak i wyruszyć do Ziemi Świętej.