sobota, 15 grudnia 2012
Zabawy na plaży
Brzdęk butelki zasygnalizował, że rzut kamieniem był trafny, po chwili już kolejna butelka, rozpadła się. trzeci rzut był chybiony, kamień uderzył o głaz po czym potoczył się kawałek po piasku i już tak pozostał, jak setki innych kamieni na plaży w Tyberiadzie. Rzucanie kamieniami, do butelek wyglądało na zabawę powszechna wśród palestyńskich nastolatków, bo żaden z wylegujących się na plaży dorosłych nie reagował. Kawałki szkła wśród kamieni nikomu zdawały się nie przeszkadzać. Poza marudnymi Polakami, którzy tylko pokręcili głowami i z dumą pomyśleli o polskich plażach, którym wiele można zarzucić, na których różne przygody można przeżyć, ale akurat nastolatków rozbijających butelki dla sportu jakoś żaden z podróżników sobie nie przypominał. Po chwili jednak przeszli nad tym do porządku dziennego. trzeba było zaakceptować lokalny "obyczaj" jak to się mówi, "jesteś w Rzymie, więc zachowuj się jak Rzymianin". Chyba, że chcesz oberwać kamieniem w swoje giaurowskie czoło. Grupa polskich Giaurów, wspólnie z meksykańskimi przyjaciółmi, wcale do przykładnych też nie należeli. Podczas kolejnej kąpieli tym razem z dala od miasta, namacali duży kawałek metalu na dnie. Po kilku próbach wydobyli ów tajemniczy przedmiot na powierzchnię - była to tablica zakazująca kąpieli. Cóż, okoliczności przyrody były tak sprzyjające, że nie przestrzeganie zakazu w pełni usprawiedliwiały. Aby zanurzyć się w ciepłych wodach Jeziora Galilejskiego, należało najpierw przedrzeć się przez swoiste "morze trzcin". Woda była bardzo ciepła, dno delikatnie obniżało się, na przeciwległym Brzegu majestatycznie prężyły się górskie szczyty. gdzieś tam Jezus przepędził demony, które wstąpiły do świń i wskoczyły w wody jeziora. Po lewej, można dostrzec brzegi Capernaum, gdzie mieścił się dom Piotra. Stamtąd zapewne Zbawiciel wypływał wraz z uczniami na połów. Z perspektywy tafli jeziora wszystko wyglądało tak samo jak przed dwoma tysiącami lat. O XXI wieku przypominała jedynie maszyny budowlane, które można było zobaczyć, dopiero po ponownym przedarciu się przez trzciny i wyjściu na brzeg. Tylko komu by się chciało, kiedy woda tak przyjemna a widok tak magiczny. Wracam do tych chwil teraz kiedy mroźna zima za oknem, wracam tez do świętych miejsc czytając książkę Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego- już wkrótce więcej o tym niezwykłym człowieku.
czwartek, 22 listopada 2012
Polsko- Żydowskie legendy w Tel Avivie
Tym razem, trochę z innej bajki, ale trudno być obojętnym na dyskusję wokół najnowszego filmu Pasikowskiego.
Nie niszczmy legendy – wołają gromkim chórem mędrkowie, gdy ktoś, zapyta o przeszłość Lecha Wałęsy. Kiedy chodzi o stosunki Polsko – Żydowskie, to co piękne, co daje Polakom powód do dumy topione jest w błocie z maniakalnym zapałem.
Wczujmy się w rolę obcokrajowca, który zechce zająć się obiektywnie losami Żydów podczas II Wojny Światowej. Na pewno postanowi przejrzeć listę „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”. Dosyć szybko zda sobie sprawę, że w tym zasłużonym dla ratowanie Żydów gronie dominują Polacy. Idąc tym tropem postanowi sprawdzić co w tej materii mają do powiedzenia przedstawiciele tego zasłużonego narodu. W dość naturalny sposób trafi zapewne na publikacje głównego nurtu. Cóż tam znajdzie? Wezwania, do przeprosin za antysemityzm i opisy mordów na żydowskiej społeczności. I pewnie pozostanie z poczuciem schizofrenicznym, że oto naród który jeżeli nie zgotował, to przynajmniej czynnie uczestniczył w Holocauście, nagradzany jest przez potomków jego ofiar zaszczytnymi tytułami „Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata”.
Na wstępie przywołałem analogię z przeszłością „legendarnego przywódcy Solidarności”, nie jest ona do końca trafiona. Bowiem legenda Wałęsy, oficjalnie jest piękna, a kiedy zaczynamy doszukiwać się faktów, trafiamy na sprawy przykre. W przypadku, stosunków Polsko- Żydowskich to analiza faktów tworzy piękną historię, a szkodzą jej wyolbrzymiane marginalne ekscesy, do tego przedstawiane często na drodze manipulacji i przekłamań.
Chcący uchodzić za przedstawicieli inteligencji, każą kajać się polskim narodowcom, powołując się na endecki antysemityzm, który dominował w Dwudziestoleciu Międzywojennym, studiując dzieła Dmowskiego inspirowane małoletnim Adolfem Hitlerem ( tak być musi, skoro mówi tak autorytet, zapewne zna on datę urodzenia Fuhrera i wydania Mysli Nowoczesnego Polaka). znajdują dowody na istnienie jakiegoś typowego dla polskiego ciemnogrodu antysemityzmu. Ten polski antysemityzm sprawił, że przedwojenna Polska, była po USA największym sponsorem żydowskiego osadnictwa w Palestynie po I Wojnie Światowej. Odsyłam tutaj do lektury „Gasnących Ogni” Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego.
Ale to pewnie też będzie poczytane za polski grzech, skoro dzisiaj światłe elity w potomkach tych osadników widzą bliskowschodnich nazistów, którzy eksterminują niewinnych Palestyńczyków, co z tego, że w samoobronie. Na zakończenie podzielę się, z Tobą drogi czytelniku osobistym wspomnieniem, który może być puentą, dla wezwań do kajania się i przepraszania za antysemityzm. Pod koniec sierpnia, miałem przyjemność przebywać na lotnisku w Tel Avivie. Ponieważ odlot samolotu do Polski opóźniał się, a w chmurach miałem spędzić 4 godziny, zacząłem szukać lektury. Zaopatrzyłem się w Historię Żydów, Paula Johnsona, ale co najistotniejsze przeszukując półki z książkami w dziale historycznym nie natknąłem się na żadne dzieło, podobno wybitnego specjalisty Jana Tomasza Grossa, za to przy kasie można było kupić DVD z filmem „W ciemności” o Polaku, który ratował Żydów. Tyle w tym temacie ma do powiedzenia księgarnia w strefie bezcłowej w Izraelu. Oczywiście, co niektórzy mogą dodać, że Grossa nie było, bo go wykupiono. Owszem mogło tak być, przecież zdarzają się takie sporadyczne przypadki, tak jak w kraju, w którym zwykli obywatele ryzykowali życiem by ratować Starszych Braci w wierze, zdarzały się sporadyczne przypadki antysemickich ekscesów.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Żydzi a sprawa polska
W miejscu, w którym spragniony wędrowiec na Pustyni Judzkiej, przysłowiowo wpadłby z deszczu pod rynnę widząc przed sobą Morze Martwe znajduje się Masada - żydowska twierdza. Współcześnie mogłoby się wydawać, że to po prostu kamienie poukładane na skale, co najwyżej gwarantujące turyście ciekawe widoki. Zanim jednak rozpoczniemy wspinaczkę lub, kiedy goni nas czas wsiądziemy do wagonika kolejki linowej, powinniśmy się zaznajomić, z historią jaką pamiętają kamienie Masady. Wówczas zupełnie inaczej spojrzymy na to miejsce. Cofnijmy się w czasie o dwa tysiące lat. Kilkadziesiąt lat po Zmartwychwstaniu Jezusa z Nazaretu, grupa Zelotów, nieświadomych tego, że wcale w nie tak odległych czasach, po tej samej ziemi po której oni stąpają chodził Mesjasz, Syn Boży, postanowiła rozpocząć powstanie przeciwko okupującemu Ziemię Narodu Wybranego Rzymskiemu Imperium. Wierzyli oni, że ich zbrojny czyn przyspieszy przyjście na ziemię Mesjasza. Można by powiedzieć, że grupka szaleńców rzuciła się na giganta. W zasadzie nieważne jak wielką armię byliby wstanie zorganizować, nie zmieniało to faktu, że przedstawiciele maleńkiej krainy, staja do walki z państwem, które można powiedzieć, było całym ówcześnie znanym światem. Gdyby w czasach biblijnych funkcjonowały zakłady bukmacherskie, zapewne mieliby gorsze notowania niż Dawid stający ze swoją procą do pojedynku z Goliatem.
Ponieważ, Powstanie Zeletów, ma być jedynie pretekstem do moich dalszych rozważań pozwolę sobie pominąć historię zmagań powstańców i przejdę do końca tej opowieści sprzed dwóch tysięcy lat. Jednym z ostatnich epizodów powstania, jest obrona Masady. W tej twierdzy zgromadzili się ostatni powstańcy wspólnie ze swoimi rodzinami. Widząc, że nie mają szans w starciu z Rzymianami, popełnili oni zbiorowe samobójstwo. Śmierć nie ominęła również kobiet i dzieci. Powstańcy pozostawili zapasy jedzenia, aby zdobywcy wiedzieli, że nie wzięli twierdzy głodem obrońców.
Współcześnie słowa, że Masada już nigdy więcej nie upadnie wypowiadają izraelscy żołnierze składając uroczystą przysięgę. Masada to miejsce symbol dla żydowskiego patriotyzmu. Pradawna twierdza udostępniona jest do zwiedzania, u jej podnóża, można zakupić koszulki i inne gadżety związane z tym historycznym miejscem. Wszystko jednak jest przesiąknięte duchem historii o dzielnych obrońcach, którzy oddali życie broniąc Masady. W kraju, w którym każdy młody człowiek służy ojczyźnie z karabinem, historia o kobietach, które oddały życie do końca będąc u boku swoich ukochanych, jest niezwykle symboliczna. Gdyby się jednak dokładniej zastanowić, to Żydzi czczą pamięć o zbiorowym samobójstwie, będącym efektem z politycznego punktu widzenia szaleńczej decyzji o powstaniu przeciwko potężnemu imperium. To nie była kurcząca się III Rzesza, jak w 1944 roku w Warszawie, a monstrualny twór polityczny pochłaniający kolejne krainy. A jednak, pamięć o obrońcach Masady to dla Izraelitów powód do domu. A dla Polaków? Przedstawiciele tak zwanego salonu, gdyby byli konsekwenti w swoich słowach, powinni powiedzieć, że to faszystowski kult, taniec dla bożka śmierci Tanatosa, czczenie głupoty i nieodpowiedzialności. Swoje trzy grosze dodali by również tak zwani realiści, mówiąc o nieodpowiedzialności przywódców powstania, o narażaniu narodu na straty wśród najlepszych jego przedstawicieli.Takich słów jednak w Izraelu nie słychać, za to często padają w naszym kraju szczególnie pod adresem Powstańców Warszawskich. Owszem, jest i odrobina racji, w argumentacji,jak ich nazwałem realistów, ale nie do końca. Spójrzmy na historię Masady, spójrzmy na legendę o 300 Spartanach, wreszcie spójrzmy na polskie dzieje. Pamięć o heroicznych czynach to przede wszystkim powód do dumy, do szacunku względem własnego narodu, wreszcie może i współcześnie nazbyt patetyczny, ale jednak wielki przykład jak umiłować można swoją ojczyznę i naród. Masada, tak jak przysięgają Żydzi, nie upadła, pomimo, że jest to kraj pozbawiony jakiegokolwiek przyjaznego sąsiada, mało tego, kraj, który wciąż targany jest wewnętrznymi napięciami. Nasze konflikty w polskim piekiełku, to bułka z masłem dla mieszkańców Izraela. Skoro pamięć o "szaleństwie Zelotów" buduje tożsamość Izraela, dlaczego pamieć o "zbiorowym samobójstwie" czy "rzezi Warszawy" w 1944 roku, nie miałaby budować naszej polskiej tożsamości. Uczmy się, od tych którzy mają od nas trudniej, bo jak będzie lepiej to sobie poradzimy, a kto wie kiedy skończy się nasza "rajska egzystencja" pomiędzy ściskającym czule premiera Władimirem Putinem, a Eurokołcho... przepraszam Unią Europejską, wtedy będzie się liczyć to co sprawdziło się w szczególnie trudnych warunkach. Jak dotąd widać, że Izraelski model patriotyzmu sprawdza się, pomimo nieprzyjaznych warunków na Bliskim Wschodzie i nie chodzi tutaj o wysokie temperatury.
niedziela, 28 października 2012
Smartfon
Nie jestem pewien, jaki to był model, chyba Samsung Galaxy. Młoda policjantka, siedząca obok mnie,co chwilę dzwoniła z niego lub pisała smsy. Przed nami była długa kilkugodzinna droga z Tyberiady do Jerozolimy. To co przyciągało mój wzrok, w tym telefonie, to jego dość oryginalne barwy. Częściowo biały, częściowo niebieski. Były na nim jakieś paski wyrysowane, dopiero kiedy udało chowała telefon dostrzegłem, że ma on Gwiazdę Dawida na odwrocie. Bardzo mi się spodobała tak forma patriotyzmu. Niestety w Polsce nie spotkałem się z możliwością zakupy obudowy do telefonu w barwach narodowych lub orłem. A szkoda.Cóż w naszym kraju, posiadanie takich elementów na telefonie świadczyłoby, że jego właściciel jest faszystą. W Izraelu elementy narodowe świadczą, o tym, że jest się Żydem. Są raczej powodem do dumy.
czwartek, 18 października 2012
Karabin
Spotykam go wszędzie. Szczególnie w autobusach i na ulicach Jerozolimy. jest nieodzownym towarzyszem każdego napotkanego żołnierza. Karabin. Na polskich ulicach człowiek uzbrojony w karabin budziłby sensację, tutaj (w Izraelu), to widok codzienny. Dla ludzi przyzwyczajonych do "europejskich" standardów, może to lekko szokować, ale w Kraju, który jest solą w oku dla sąsiadów to kwestia bezpieczeństwa. Dlatego, do uzbrojonego wojska na ulicach dosyć szybko można się przyzwyczaić, po wizycie w dzielnicy arabskiej, odczuwam nawet pewną ulgę kiedy mijam umundurowanego i uzbrojonego Żyda.
piątek, 12 października 2012
Opowieść o miłości
Dzisiaj wyjątkowo, przypominam mój stary tekst na temat książki "Syn Hamasu", która traktuje o blisksowschodnim konflikcie. Zdecydowałem się na zamieszczenie tego artykułu w związku z informacjami, jakie docierają do nas z tego rejonu świata.
A już w kolejnych dniach dowiesz się drogi czytelniku m.in. o tym jak czuje się Rzymski Katolik, wśród braci obrządku Prawosławnego. Opowiem, o sposobach na zaznanie przyjemności nad Jeziorem Galilejskim, przybliżę zabawy muzułmańskiej młodzieży, będzie też o karabinach i smartfonach. Wszystko to już niedługo, a tym czasem zachęcam do poznania historii Musaba.
„Syn Hamasu” – nie jest opowieścią o damsko- męskich wzlotach i upadkach, sam główny bohater, nie ma doświadczenia w romansowaniu, nie ma tam żadnej tajemniczej nieznajomej, a jednak opowieść Musaba Hasana Jusufa, przeniknięta jest miłością i to tak dramatyczną, że aż trudno to sobie wyobrazić.
Musab kocha swojego ojca – Hasana Jusufa. Kocha tak bardzo, że w świecie konfliktu palestyńsko – izraelskiego pomaga w uwięzieniu ukochanej osoby, aby ratować jej życie. Ojciec Musaba jest przywódcą Hamasu, Sam Musab oficjalny postrzegany jako „następca tronu”, w rzeczywistości jest izraelskim szpiegiem. W swojej działalności stara się przyczynić do szerzenia pokoju, jednak zdaje sobie też sprawę, że sytuacja na Bliskim Wschodzie to węzeł gordyjski. Musi stawać przed wyborem czy wydać na śmierć jedną osobę, aby uratować inne niewinne istnienia ludzkie. Spotyka szczerych przyjaciół, którzy wydają się dobrymi ludźmi, kochającymi rodzicami, wspaniałymi małżonkami, jednocześnie mając ręce splamione krwią aż po łokcie. Świat przedstawiony w „Synu Hamasu” nie jest czarnobiały, nic w nim nie jest jednoznaczne, to co prowadzi głównego bohatera przez ten świat, to ogromna miłość do bliskich i wiara w jedynego Boga. Te cechy pomagają Musabowi przejść ewolucję od rzucającego z Żydów kamieniami palestyńskiego nastolatka, do roli asa izraelskiego wywiadu. Ostatecznie, kierowanie się miłością sprawia, że Musab odkrywa Jezusa, w nim odnajduje prawdziwą wiarę i po raz kolejny odmienia swoje życie.
poniedziałek, 8 października 2012
U Marii Magdaleny
Najpiękniejsze kazanie jakie dotychczas usłyszałem, było wygłoszone w języku angielskim przez hiszpańskiego kapłana, do grupki młodych ludzi z meksyku i Polski. Ale nie język i narodowości były tutaj ważne. Mając za plecami ruiny (trwają tam wykopaliska) Magdali (Maria z Magdali) a przed sobą kapłana, za którego plecami malował się widok nieuczyniony ludzką ręką, słuchałem historii Marii Magdaleny. Ksiądz nie miał za swoimi plecami niczego co spotykamy w znanych nam świątyniach. Nie było widać żadnych świętych na obrazach, żadnego witraża, czy ozdobnych rzeźb. Za kapłanem znajdowały się trzciny i wody Jeziora Galilejskiego. Widok, jaki nieraz musiał ukazywać się oczom Jezusa i jego uczniów. W tej okolicy przebywała też Maria Magdalena, tutaj żyła. tutaj wiodła swoje grzeszne życie. Chociaż jej profesja pogrążyła ją w grzechu, mogła ona wieść dostatnie życie. Maria Magdalena była kobietą zamożną. A jednak kiedy spotkała Jezusa, porzuciła swoje choć grzeszne, to bardzo dochodowe zajęcie, zrezygnowała z dostatniego życia i poszła za Zbawicielem. Zatem odrzucenie cudzołóstwa nie było tylko rezygnacją z życia, które groziło ukamienowaniem przez zbulwersowanych jej prowadzeniem się Żydów, ale także, a może przede wszystkim rezygnacją ze sporych profitów i wygód. Pójście za Chrystusem wcale nie poprawiało ziemskich warunków życia, wręcz przeciwnie. Maria Magdalena wyrzekając się grzechu, pozostawiła również wygody ziemskiego życia.
Postać Marii z Magdali jest ostatnio często przywoływana, ponieważ według rządnych sensacji twórców, miała ona być żoną lub kochanką Jezusa Chrystusa. Ale ta nowotestamentowa postać, ma jak widać nam dużo więcej do przekazania. W Świecie, w którym zabójstwo dziecka, czy bluźnierstwa są nagradzane uznaniem i sławą warto przyjrzeć się tej, która odbyła drogę w drugą stronę, zamiast w grzechu kroczyć wśród ziemskich zbytków, zwróciła się w stronę Boga.
Jezus powiedział do chcących ukamienować cudzołożnicę "kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". To pytanie, tyczy się również nas, czy w naszym życiu nie kroczymy ścieżką grzechu, za cenę łatwiejszego życia? Ile to razy słyszymy lub sami mówimy, że "przecież trzeba jakoś żyć". To samo mogła powiedzieć Maria z Magdali Jezusowi. "Przecież muszę jakoś żyć", "Takie są czasy". Ona jednak poszła za Zbawicielem, nie tłumaczyła się, nie szukała wymówek.
Postać Marii z Magdali jest ostatnio często przywoływana, ponieważ według rządnych sensacji twórców, miała ona być żoną lub kochanką Jezusa Chrystusa. Ale ta nowotestamentowa postać, ma jak widać nam dużo więcej do przekazania. W Świecie, w którym zabójstwo dziecka, czy bluźnierstwa są nagradzane uznaniem i sławą warto przyjrzeć się tej, która odbyła drogę w drugą stronę, zamiast w grzechu kroczyć wśród ziemskich zbytków, zwróciła się w stronę Boga.
Jezus powiedział do chcących ukamienować cudzołożnicę "kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". To pytanie, tyczy się również nas, czy w naszym życiu nie kroczymy ścieżką grzechu, za cenę łatwiejszego życia? Ile to razy słyszymy lub sami mówimy, że "przecież trzeba jakoś żyć". To samo mogła powiedzieć Maria z Magdali Jezusowi. "Przecież muszę jakoś żyć", "Takie są czasy". Ona jednak poszła za Zbawicielem, nie tłumaczyła się, nie szukała wymówek.
Miecz
Miał on należeć do Godfryda de Bouillon. jednego z pierwszych Krzyżowców, który przekroczył mury Jerozolimy. Wybrany na króla Świętego Miasta, odmówił tej godności i przyjął tytuł Obrońcy Grobu Świętego.
Pamiętam z lekcji historii opowieści o żądnych pieniędzy rycerzach, którzy wyruszyli z Europy na bliski wschód, pod fanatycznymi hasłami obrony Świętego dla Chrześcijan miejsca. Wizyta w Jerozolimie, upewniła mnie, że w szkole przekazano mi nieprawdę na temat Wypraw Krzyżowych.
Upewniła mnie w tym nie lektura kolejnej książki, czy artykułu z zakresu historii średniowiecza, a doświadczenie.
Po pierwsze wszystkim głoszącym obraz krzyżowców jako bandy żądnej bogactw, proponuję konną jazdę w kolczudze nawet nie po pustynni, ale chociażby po polach otaczających Tyberiadę. Nie musiałem dosiadać wierzchowca, ani zakładać zbroi by przekonać się, że dla Europejczyka przebywanie w takim klimacie do przyjemnych raczej nie należy, szczególnie dla tych, którzy pochodzili z północy. Czy dla ziemskich zbytków warto było tak się poświęcać? Śmiem wątpić, by samo złoto przez dłuższy czas wystarczyłoby dla podtrzymania Idei wypraw krzyżowych.
Po drugie, to złoto z pewnością było niezbędne by do Ziemi Świętej dotrzeć, była to długa i kosztowna wyprawa, która nie gwarantowała zysków, za to trudy i niewygody były gwarantowane.
I wreszcie po trzecie. Wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego, możliwość stąpania po ziemi, po której chodził Jezus Chrystus, to również niesamowite doświadczenie dla każdego Chrześcijanina. To doświadczenie, które umacnia naszą wiarę (więcej o tym wkrótce). Nie dziwmy się, więc że pojawili się ludzie, którzy chcieli dać szansę wiernym na bezpieczne pielgrzymowanie.
Że walczyli o to mieczem? A jak mieli walczyć z cywilizacją, która od stuleci w imię świętej wojny waliła mniej lub bardziej skutecznie do bram Europy?
Pamiętam z lekcji historii opowieści o żądnych pieniędzy rycerzach, którzy wyruszyli z Europy na bliski wschód, pod fanatycznymi hasłami obrony Świętego dla Chrześcijan miejsca. Wizyta w Jerozolimie, upewniła mnie, że w szkole przekazano mi nieprawdę na temat Wypraw Krzyżowych.
Upewniła mnie w tym nie lektura kolejnej książki, czy artykułu z zakresu historii średniowiecza, a doświadczenie.
Po pierwsze wszystkim głoszącym obraz krzyżowców jako bandy żądnej bogactw, proponuję konną jazdę w kolczudze nawet nie po pustynni, ale chociażby po polach otaczających Tyberiadę. Nie musiałem dosiadać wierzchowca, ani zakładać zbroi by przekonać się, że dla Europejczyka przebywanie w takim klimacie do przyjemnych raczej nie należy, szczególnie dla tych, którzy pochodzili z północy. Czy dla ziemskich zbytków warto było tak się poświęcać? Śmiem wątpić, by samo złoto przez dłuższy czas wystarczyłoby dla podtrzymania Idei wypraw krzyżowych.
Po drugie, to złoto z pewnością było niezbędne by do Ziemi Świętej dotrzeć, była to długa i kosztowna wyprawa, która nie gwarantowała zysków, za to trudy i niewygody były gwarantowane.
I wreszcie po trzecie. Wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego, możliwość stąpania po ziemi, po której chodził Jezus Chrystus, to również niesamowite doświadczenie dla każdego Chrześcijanina. To doświadczenie, które umacnia naszą wiarę (więcej o tym wkrótce). Nie dziwmy się, więc że pojawili się ludzie, którzy chcieli dać szansę wiernym na bezpieczne pielgrzymowanie.
Że walczyli o to mieczem? A jak mieli walczyć z cywilizacją, która od stuleci w imię świętej wojny waliła mniej lub bardziej skutecznie do bram Europy?
czwartek, 4 października 2012
U młodszych braci w wierze.
Stary chevrolet zatrzymał się ostro hamując ostro. Kierowca opuścił szybę i spytał po angielsku, czy wiemy dokąd idziemy. Odpowiedzieliśmy, że tak, przecież wędrujemy z trzema różnymi przewodnikami w plecakach i każdy wskazują taką samą trasę. Ale kierowca, nie dał za wygraną i chciał się upewnić, czy przypadkiem nie zamierzamy wędrować w głąb osiedla. Uspokoiliśmy go, że do centrum tej arabskiej części Jerozolimy się nie wybieramy, a jedynie będziemy spacerować po obrzeżach, zmierzając w kierunku Doliny Cedronu. Uspokojony kierowca odjechał. Dlaczego tak się o nas troszczył?
Był chrześcijaninem, tak jak my, o czym świadczył krzyż, zawieszony n jego szyi, a dookoła wnosiły się muzułmańskie zabudowania. To, że była końcówka ramadanu, nie zmieniało faktu, że jesteśmy tutaj niemile widziani, a raczej zwiększało prawdopodobieństwa zarobienia guza podczas spaceru.
Wiek budynków, obok których przechodziliśmy, trudno było ocenić, kolejne piętra budowane były z innego budulca, co pokolenie wznoszono jak widać kolejną kondygnację, aby kolejny syn, mógł zamieszkać ze swoją rodziną nad rodzicami. Drzwi jednego z domów otworzyły się, wyszedł mały chłopiec z workiem śmieci i jego zawartość wyrzucił zaraz za progiem, siedzący nieopodal arab zaczął głośno krzyczeć na malca, zwracając zapewne uwagę, na to, że ten zaśmieca teren przed domem. Zawartość wróciła do worka,… na chwilę. Pięć kroków dalej był chodnik, tutaj leżące śmieci nie drażniły już starego araba, w końcu chodnik jest wspólny, czyli niczyj. Nie ma się więc czym przejmować.
Przejmować nie trzeba się również tym, że dzikie wysypiska śmieci wpisały się w krajobraz osiedla. Zapewne takich chłopców wyrzucających codziennie śmieci przed domem jest tutaj więcej.
Mijamy zdezelowane samochody, przy których stoją młodzi muzułmanie, staramy się im nie przyglądać, oni też póki co nie zaprzątają sobie nami głowy.
Sytuacja zmienia się, kiedy wyprzedziliśmy grupkę maluchów. Musieliśmy ich swoją obecnością rozzłościć, bo zaczynają biec za nami i wykrzykiwać. Dokładnie nie wiemy co chcieli, ale nie brzmiało to jak przyjacielskie zawołanie. Napotkany wcześniej ksiądz opowiadał nam, że od takich szkrabów można oberwać kamieniem. Nasze szczęście, że skończyło się tylko na pokrzykiwaniu. Możemy się tylko domyślać, jak zareagowaliby młodzieńcy przy samochodach, gdybyśmy spróbowali dyskutować z biegnącymi za nami małolatami. Szczęśliwie docieramy w końcu do doliny Cedronu. Znikają domy muzułmanów, a zaczynają otaczać nas groby. Jest to miejsce znacznie spokojniejsze i skłaniające do refleksji. Zastanawiają tylko płoty umieszczone przy żydowskich grobach. Czyżby miały one chronić, przed mieszkańcami sąsiedniego osiedla?
środa, 26 września 2012
Po co komu koło zapasowe
Nie może być gorszego od spóźnialskiego kierowcy, który wycieczkę z turystami rozpoczyna od stacji paliw, bo okazuje się, że wyruszył w trasę z pustym bakiem. Tak myślałem, do czasu, aż wsiadłem do busa z biletem na objazdową wycieczkę Masada, Morze Martwe, Jerycho, Qumran. Skoro kwestia punktualności okazała się rzeczą mało istotną, za to tankowanie okazało się pilnie potrzebne, to czy mogło przydarzyć się cos gorszego?
Dla poprawy humoru zmęczonych czekaniem turystów, kierowca uruchomił klimatyzację, ale grzyb, którego zapach rozniósł się po całym samochodzie, nie był z gatunku rozśmieszających, ani halucynogennych, bo żaden pasażer się nie uśmiechnął.
Ale mogło być gorzej, mogło nie być klimatyzacji, najważniejsze, że ruszyliśmy.
Qumran, zaliczone, Masada, na szybko, ale zaliczona, kolejne punkty wycieczki odhaczamy skuteczniej, niż młody japończyk siedzący przede mną zdobywa punkty grając w wirtualny baseball na swoim smartphonie.
Do czasu. Podróż przerywa głośny huk. Zarzuciło samochodem w lewo, później w prawo. Kierowca zjechał na pobocze. Wychodzi z auta, ogląda tylne koło i kręci głową. Po kwadransie udaje się kierowcy gdzieś do dzwonić. Teraz możemy wyjść z samochodu. Po prawej mamy Morze Martwe, nazwa jak najbardziej na miejscu w sytuacji, kiedy słońce grzeje niemiłosiernie, a po drugiej stronie ulicy rozciąga się pustynia. Okazuje się, że samochód nie jest wyposażony w koło zapasowe. Dowiadujemy się, że mamy czekać. Więc czekamy. Siedzimy w czymś, co w polskich warunkach byłoby cieniem rzucanym przez skałę. W Izraelu, na pustyni ciężko to nazwać cieniem, ale lepsze to niż stanie pełnym słońcu, tak jak uczynił to japończyk, który nie może oderwać się od swojej gry. Czekamy.
W końcu pojawia się drugi bus. Mamy się do niego pakować. Kolega mruczy pod nosem, że w ramach rekompensaty mogli, by każdemu podarować butelkę wody. Tylko, po co mają to robić. Przecież mamy napoje w plecakach. Ruszamy dalej, kierowcy załatwią nam wejście grupowe na plaże dzięki czemu zaoszczędzimy kilka szekli, to też jakaś rekompensata. Wliczona w atrakcje zakupionej wycieczki.
Falaflowy mistrz
- witajcie chłopcy- zagadnął falaflowy mistrz gdy tylko pojawiliśmy się w jego mini restauracyjce w okolicy Jaffa Gate. Dlaczego mini? Bo 3 osoby zajmowały cały lokal, tyle samo było w nim miejsc siedzących, plus stolik i krzesła przed lokalem, ale te zarezerwowane były dla kolegów falaflowego mistrza, którzy ucinali sobie z nim całodniowe pogawędki.
- dobrze trafiliście, tutaj zjecie najlepsze falafle z Jerozolimie, pochwalił naszą decyzji o wejściu w jego nieskromne progi. Każdy z nas, na nasz smutny polski sposób zamawia po picie z falaflami, ale mistrz kontynuuje swój show...
- lubisz ostre?
- tak, poproszę na ostro
- tylko nie płacz!
- spokojnie, nie będę płakał, lubię ostre...
- a Ty?
- poproszę łagodne – odparł mój kolega
- no spicy, no cry!!! hahaha
Habibi
- Habibi..coś tam, coś tam…habibi….cos tam coś tam….
Mówi do kolegi arabski robotnik.
Habibi to słowo, którego znacznie poznałem kilka dni wcześniej. Po polsku znaczy „kochanie”, ale w Palestynie, „habibi” nie tylko szepce chłopak na ucho przytulając swoją dziewczynę. „Habibi” zwracają się kupcy do turystów, dodając często I have special prrrice, only for you.. .oczywiście ta cena jest specjalna tylko dla mnie, tak samo, jak Don Juan miał TYLKO jedną kochankę.
Ponieważ tego samego zwrotu używa robotnik do swojego kolegi, a nie wyglądają oni na sympatyków parad równości, wnioskuję, że w tym kraju po prostu wszyscy darzą się miłością, szczególnie, miłuje się niewiernego z portfelem pełnym szekli, lub jeszcze lepiej dolarów.
A robotnicy? – cóż rozmawiają sobie, przecież coś w pracy robić trzeba. A jak im się rozmowa znudzi, to jeden zacznie dłubać kilofem w ziemi, drugi pochwyci wiaderko, a trzeci podejdzie nadzorować ich pracę. I tak przez jakiś kwadrans, aż znowu pojawi się temat do rozmowy, a tych nie brakuje.
Ziemia Święta - przybyłem, zobaczyłem, już planuję powrót
Czy uszczuplenie swoich oszczędności, w dobie kryzysu było rozsądne? Pewnie nie, ale czy Krzyżowcy nie zastawiali swoich majątków ruszając do Ziemi Świętej? To dopiero było ryzyko. Dlatego nie zastanawiałem się długo, kiedy dostałem propozycję wyprawy doIzraela. 15 sierpnia nie świętujemy. To dzień rozpoczęcia naszej wyprawy. Zamiast na poranną mszę stawiam się na odprawę na lotnisku im. Fryderyka Chopina. Jest nas trzech, pielgrzymów, którzy na własną rękę postanowili zwiedzić Ziemię Świętą. Podczas weryfikowania naszego celu podróży, okazuje się, że rozmówca mojego kolegi, zna moją karierę polityczną - młodego prawicowca z Kujaw, wygląda na to, że nie tylko agenci Mosadu są dobrze poinformowani, ale również pracownicy linii lotniczych, a może nie ma tutaj różnicy.
Lotnisko w Tel Avivie wita nas rozgrzanym powietrzem, na szczęście pierwsze zderzenie z wysoką temperaturą łagodzi klimatyzacja, na lotnisku, w kolejce miejskiej i wreszcie w busie, którym docieramy do Tyberiady. W pobliskim kościele zatrzymujemy się na modlitwę. Nasza przygoda się rozpoczyna.
Stacjonujemy w Galilei, ale pierwsze kroki kierujemy do Świętego Miasta - Jerozolimy. Poszukując miejsca na nocleg, dowiadujemy się od polskiego franciszkanina, że trafiliśmy na okres szczególny. Jest ostatni piątek Ramadanu. Żydzi przygotowują się do Szabasu. Nad miastem krąży nieustannie helikopter, tnąc powietrze, w którym unosi się napięcie.
Nocleg znajdujemy w Hotelu Jaffa Gate, klimatyzację zastępuje w nim wiatraczek, nie jest to obiekt, którego oczekiwaliby zwolennicy ofert all inclusive, ale dla trzech facetów z Polski jest on wystarczający. Zresztą wszelkie niedogodności rekompensuje widok z dachu naszej noclegowni. Szybko orientujemy się, że od Grobu Pańskiego dzieli nas może 5 minut drogi.
Bazylika Grobu Pańskiego, to miejsce niezwykle ważne, ale i przez uwidacznianie podziałów w Chrześcijaństwie smutne dla katolików. Atmosferę sacrum przed wejściem do Grobu, zakłóca głos popa, który krzykami i klepaniem w ściany, ponagla pielgrzymów. Podjąłem cztery próby pomodlenia się przy miejscu zmartwychwstania naszego Pana, skuteczne były tylko 3, raz zostałem wyrzucony, z kolejki, bo należało zrobić miejsce dla pielgrzymki ortodoksów ze wschodu.
Pielgrzymom wschodniego obrządku, pomagali nie tylko pilnujący grobu Popi, sami również potrafili o siebie zadbać. Kobieta, która roniła łzy i całowała miejsce spoczynku ciała Jezusa, chwile wcześniej nie miała skrupułów, aby okazać brak szacunku dla swoich bliźnich, którzy pokornie czekali na swoją kolej, wchodząc przed nich. Msze katolickie w Bazylice Grobu są ciche, nie wolno śpiewać, wolno za to je zagłuszać śpiewami prawosławnych. Ale udaje się znaleźć chwilę na refleksję w tym świętym miejscu, bez groźby przepędzenia przez Popa. Najlepszym rozwiązaniem, okazuje się umówienie z Franciszkanami, na sobotni wieczór. Jesteśmy w gronie około 12 Katolików, którzy po godzinie 21 zostają zamknięci w Bazylice.
Tak drogi czytelniku. Zamknięto nas na około 3 godziny. Przed 21:00 przyszedł arab, odpowiedzialny za zamykanie świątyni, wdrapał się po drabinie, którą po skończonej operacji przez niewielki otwór oddał mnichom w bazylice i zamknął Świątynie. Do północy był czas na sprzątanie i szansa na spokojną modlitwę i medytację dla garstki zgromadzonej w niej Chrześcijan. Wówczas można było doświadczyć potęgi świętości tego miejsca. Dlatego, jeżeli Bazylika Grobu Pańskiego jest dla nas miejscem świętym, a nie tylko miejscem gdzie można pstryknąć kolejne zdjęcia do wrzucenia na facebooka, powinniśmy zarezerwować sobie czas po 21 i porozmawiać z Franciszkanami, czy jest jeszcze miejsce na ich liście gości.
Do Grobu Zbawiciela warto wybrać się krocząc symboliczną Drogą Krzyżową, Jerozolima z czasów Chrystusa, została doszczętnie zniszczona przez Rzymian, dlatego niemożliwym było dokładne odtworzenie drogi Męki Pańskiej. Krocząc od stacji do stacji natrafiamy zarówno na miejsca gdzie w spokoju można się pomodlić, kapliczkę z której bezpośrednio trafić można do sklepu z pamiątkami, jak również zwyczajną tablicę, umieszczoną gdzieś na murze wśród kupieckich straganów.
Jedna ze spotkanych osób, mówi mi, że brak jej sacrum na Via Dolarosa, moim zdaniem tak powinno być. Chrystus niosąc krzyż, też nie był otoczony skupionym i refleksyjnym tłumem, miał zdecydowanie ciężej, niż współcześni chrześcijanie, którzy aby się pomodlić, muszą czynić znak krzyża w tłumie rozgadanych muzułmanów. Bez obaw tutaj nie grozi to niebezpieczeństwem, co innego poza murami Starej Jerozolimy, tam bywa różnie (o tym za chwilę).
Góra Oliwna, znajduje się w dzielnicy muzułmańskiej, z jednej strony Chrześcijanie nie są na niej mile widziani, w końcu to niewierni, do tego świniojady, ale paradoksalnie wita się ich z otwartymi ramionami, bo jednocześnie są źródłem szekli za zdjęcie z osłem, czy pocztówkę. Na szczycie możemy podziwiać piękna panoramę Jerozolimy, po uiszczeniu opłaty zobaczyć skałę z odbiciem stopy Jezusa Chrystusa, ale moim zdaniem największe wrażenie robi Kościół Pater Noster. Oprócz świątyni mamy tutaj piękny ogród, w którym znajdujemy tablice z modlitwą Ojcze Nasz, w najróżniejszych językach. Po odkryciu nieznanych mi sposobów mowy chociażby z Afryki, odnajduję polską treść modlitwy.
U stóp góry możemy zobaczyć Grotę Getsemani, sąsiadujący z nią Kościół oraz Kościół Grobu NMP, nieopodal znajdujemy również Bazylikę Agonii, zwaną też bazylika Narodów.
Godny polecania jest również spacer doliną Gehenny, kiedyś miejsce składania ofiar z dzieci, współcześnie najbardziej spokojne i pozwalające na znalezienie chwili wytchnienia miejsce w okolicy Jerozolimy, oraz doliny Cedronu, która jest cmentarzem, odnajdujemy na jej zboczach między innymi grobowiec Absamona, który już w czasach Jezusa uchodził za starożytną budowlę. Podczas wyprawy otaczającymi stare miasto dolinami, przechodzi się przez muzułmańskie osiedle. Jeżeli, ktoś szuka nieprzychylnych spojrzeń, to miejsce idealne dla niego. W pewnym momencie, biegła za nami grupka dzieciaków, wykrzykując coś po arabsku, cokolwiek to znaczyło nie brzmiało jak „jesteście tu mile widziani, witajcie”.
Ogromne wrażenie robi na nas w Jerozolimie Kościół Św. Anny wybudowany przez Krzyżowców. Piękno gotyku urzeka i zapewnia doskonała akustykę - wskazane śpiewy (jeżeli ktoś został obdarzony łaska pięknego głosu). W sąsiedztwie miejsce, gdzie Jezus miał uzdrowić paralityka i ruiny, przypominające o burzliwej historii Świętego Miasta.
Ziemia Święta to jednak nie tylko Jerozolima. Dlatego po kilku dniach wracamy doGalilei. Miejsc związanych z Jezusem Chrystusem, tutaj nie brakuje: Nazaretunie trzeba przedstawiać, bezpośrednio nad Jeziorem Galilejskim położone jest Kafarnaum, gdzie znajdują się ruiny domu Piotra, a także synagogi, nieopodal miejsce gdzie Jezus rozmnożył ryby i chleb, aby nakarmić lud. W tej samej okolicy odnaleziono łódź, z pierwszego wieku, która jako znalezisko archeologiczne jest jedną z atrakcji turystycznych regionu, kto wie, czy to w niej nie wypływał na wody Jeziora Galilejskiego Jezus wraz z uczniami.
Niezapomnianym wrażeniem jest również kąpiel na dzikiej plaży, aby dotrzeć do wody, musimy, przedrzeć się przez prawdziwe morze trzcin, które skutecznie zasłaniają nam „zdobycze cywilizacji” na horyzoncie. Dzięki temu, możemy rozkoszować się tym samym nieskazitelnym widokiem, który ukazywał się oczom zbawiciela na przykład w Magdalii (Migdal), miejscowości, z której pochodziła Maria Magdalena (z Migdal), a dziś jest miejscem prac archeologicznych.
Wybrzeże jeziora galilejskiego możemy podziwiać wspinając się na górę Arbel, oprócz wrażeń wizualnych, gwarantowana również odrobina adrenaliny i widok „przyklejonych” do skał pozostałości po wyprawach Krzyżowych. Wracając inną drogą będziemy stąpać po ziemi, na której miała miejsce klęska Krzyżowców, podczas bitwy pod rogami Hittim.
Ze szczytu góry widzimy zarys drugiego brzegu i majestatyczne wzgórza. Tam znajduje się Hippos miejsce wykopalisk archeologicznych. Jest to doskonała atrakcja dla lubiących spacery wśród antycznych ruin, zabawę zbyt dociekliwym może popsuć widok drutów zbrojeniowych, umieszczonych w niektórych z kolumn. W tym miejscu warto jednak uważać, druty i tabliczki ostrzegające przed minami znacznie ograniczają pole eksploracji terenu i przypominają o trudnej historii bliskowschodnich konfliktów.
Kilka dni w Jerozolimie to za mało, dlatego kolejny weekend również spędzamy w Świętym Mieście. Góra Syjon, Wieczernik, wreszcie dom Kajfasza, i znajdujące się w pobliżu schody, którymi prawdopodobnie prowadzono Jezusa. Jest tu również pomnik upamiętniający zaparcie się Chrystusa przez Piotra. To kolejne odwiedzone przez nas miejsca.
U Kajfasza, schodzimy do cysterny, która w czasach Jezusa mogła służyć za więzienie. Przypomina nam się film „Pasja” i scena z zakutym w kajdany Jezusem, umieszczonym w lochu. To mogło być właśnie w tym miejscu.
Ponieważ bez Judaizmu nie byłoby Chrześcijaństwa, odwiedzamy najświętsze miejsce dla naszych Starszych Braci w Wierze – Ścianę Płaczu. Czeka na nas oczywiście bramka sprawdzająca, czy nie wnosimy materiałów niebezpiecznych, oraz informacja o konieczności posiadania odpowiedniego stroju. Jako goje, aby zbliżyć się do muru, zakładamy specjalne „turystyczne jarmułki”, czekające na wizytujących miejsce nie- żydów. Nie spotykamy się jednak z oznakami wrogości, ortodoks w średnim wieku, skinieniem daje nam do zrozumienia, że nie będzie problemem, jeżeli staniemy pomiędzy nim a Ścianą Płaczu. Opuszczając Święte dla wyznawców Judaizmu miejsce mijamy „Żyda – liberała” w krótkich spodenkach, jest on jednak w swoim stroju osamotniony.
Szybko orientujemy się, że wyszliśmy z części żydowskiej i jesteśmy na terytorium muzułmańskich, ponieważ zmienił się zapach i otoczenie. Świeże powietrze, zastąpił zapach przypraw, a czysty chodnik, zaśmiecony bruk. Podobny kontrast spotkamy w części ormiańskiej, przepełnionej zapachem kadzidełek. Jeżeli chodzi, o przyjemności dla ciała, warto wybrać się do Tawerny Ormiańskiej (podczas, gdy sklep spożywczy i punkty z falaflami zaspokajały jedynie energetyczne potrzeby naszych organizmów, u Ormian, oddawaliśmy się kulinarnej rozkoszy), w okolicy Jaffa Gate. Khaghoghil Derev, czyli zupa na jogurcie z baraniną w liściach winogron, to rozkosz dla podniebienia, zasłużona po trudach całodniowego maszerowania po Świętym Mieście.
Jest tutaj tyle do zobaczenia, że pewnego dnia pierwszy posiłek, otrzymaliśmy od spotkanej przy jednej ze Stacji Drogi Krzyżowej, polskiej zakonnicy około południa, ponieważ zauroczeni Świętym Miastem zapomnieliśmy o zakupieniu czegokolwiek na śniadanie. Za to herbatniki i sok grejpfrutowy, otrzymany od Siostry smakowały wybornie.
Będąc w Izraelu koniecznie trzeba zobaczyć twierdzę Masada. Na miejsce docieramy busem w ramach wykupionej wycieczki. Po drodze, przytrafia nam się przygoda, ponieważ pęka koło od samochodu, którym jedziemy, a kierowca nie posiada zapasowego, na szczęście, po przymusowym postoju na pustyni. Ruszamy w dalsza drogę.
Wśród atrakcji mamy również Jerycho, Kumran i kąpiel w Morzu Martwym, którą określiłbym raczej taplaniem się w błocie, bo jeżeli, ktoś nie widzi sensu, w smarowaniu się błotem dla polepszenia urody, to za wiele przyjemności na wybrzeżu najbardziej słonego akwenu nie zazna. Woda jest tak słona, że podjęcie jakiejkolwiek próby pływania, mija się z celem, ze względu na wyporność, można tylko leżeć na wodzie i smarować się błotem.
Nuda! Dlatego Masada to największa trakcja tej wycieczki. Twierdza położona na pustyni w pobliżu Morza Martwego. Ponieważ mamy ograniczony czas dostajemy się na szczyt góry kolejką, chociaż wijąca się w dole ścieżka zachęca do powrotu i „zdobycia twierdzy” o własnych siłach, walcząc z nie dającym wytchnienia upałem.
Twierdza ta była świadkiem historii upadku powstania Zelotów przeciwko Rzymowi. Operując polską nowomową, można by rzec, że szafując życiem całego narodu żydowskiego podjęli oni z góry przegraną walkę, z potężnym Imperium Rzymskim, by upaść w latach 70 pierwszego wieku. Legenda głosi, że załoga twierdzy wraz z kobietami i dziećmi popełniła zbiorowe samobójstwo, pozostawiając kilku wojowników, aby wykrzyczeli nadchodzącym Rzymianom, że Masada już nigdy więcej nie upadnie. Słowa te powtarzają Izraelscy żołnierze do dnia dzisiejszego i nic nie wskazuje aby mieli swoją tradycję zmienić.
Ciekawostką dla fanów Tolkiena mogą być znajdujące się na terenie twierdzy miniatury pokazujące jak ruiny wyglądały w czasach świetności, można w nich dopatrzeć się pierwowzoru Minas Tirith, czy jednak Tolkien, rzeczywiście myślał o Żydowskiej Twierdzy, opisując miasto we Władcy Pierścieni – nie wiem. Pewne natomiast jest, że historia klęski żydowskich powstańców, jest upamiętniana przez Żydów jeszcze po upływie blisko 2 tysięcy lat. To co było narodową tragedią, stało się dumą i wzorem. Część polaków, mogłaby się uczyć podejścia do historii od Narodu Wybranego.
Gdy po raz drugi znalazłem się na lotnisku w Tel Avivie, wiedziałem, że jeszcze kiedyś musze wrócić do Ziemi Świętej. Kiedy dokładnie nie wiem, ale dwa tygodnie to za mało by poznać jej bogactwo. Uroczy żeński personel skrupulatnie sprawdza mój bagaż, wiem, że to dla mojego bezpieczeństwa, a obsługa jest również cierpliwa, kiedy pomimo moich zapewnień okazuje się, że w plecaku mam sprzęt elektroniczny (zapasowy telefon komórkowy, o którym w ciągu 2 tygodni zapomniałem), nie ma większego problemu i sprawa zostaje szybko wyjaśniona.
Odlot opóźnia się, z powodu strajków, więc znajduję czas aby w strefie bezcłowej zakupić „History o Jews” Paula Johnsona. Lektura idealna, zanim po raz kolejny spakuje plecak i wyruszę do Ziemi Świętej. Następnym razem, będę też pamiętał, aby spakować ze sobą Pismo Święte. W końcu to w Ziemi Świętej znajduje namacalne dowody, że zarówno Stary jak i Nowy Testament, to historia narodu i naszego Zbawiciela, która miała miejsce w konkretnym miejscu i czasie, a nie bajka wymyślona na skutek upojenia winem, jak chcieli by niektórzy aspirujący do miana światłych. Dlatego, zamiast przyjemnie siedzieć w salonie, warto czasem spakować plecak i wyruszyć do Ziemi Świętej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
