niedziela, 28 października 2012
Smartfon
Nie jestem pewien, jaki to był model, chyba Samsung Galaxy. Młoda policjantka, siedząca obok mnie,co chwilę dzwoniła z niego lub pisała smsy. Przed nami była długa kilkugodzinna droga z Tyberiady do Jerozolimy. To co przyciągało mój wzrok, w tym telefonie, to jego dość oryginalne barwy. Częściowo biały, częściowo niebieski. Były na nim jakieś paski wyrysowane, dopiero kiedy udało chowała telefon dostrzegłem, że ma on Gwiazdę Dawida na odwrocie. Bardzo mi się spodobała tak forma patriotyzmu. Niestety w Polsce nie spotkałem się z możliwością zakupy obudowy do telefonu w barwach narodowych lub orłem. A szkoda.Cóż w naszym kraju, posiadanie takich elementów na telefonie świadczyłoby, że jego właściciel jest faszystą. W Izraelu elementy narodowe świadczą, o tym, że jest się Żydem. Są raczej powodem do dumy.
czwartek, 18 października 2012
Karabin
Spotykam go wszędzie. Szczególnie w autobusach i na ulicach Jerozolimy. jest nieodzownym towarzyszem każdego napotkanego żołnierza. Karabin. Na polskich ulicach człowiek uzbrojony w karabin budziłby sensację, tutaj (w Izraelu), to widok codzienny. Dla ludzi przyzwyczajonych do "europejskich" standardów, może to lekko szokować, ale w Kraju, który jest solą w oku dla sąsiadów to kwestia bezpieczeństwa. Dlatego, do uzbrojonego wojska na ulicach dosyć szybko można się przyzwyczaić, po wizycie w dzielnicy arabskiej, odczuwam nawet pewną ulgę kiedy mijam umundurowanego i uzbrojonego Żyda.
piątek, 12 października 2012
Opowieść o miłości
Dzisiaj wyjątkowo, przypominam mój stary tekst na temat książki "Syn Hamasu", która traktuje o blisksowschodnim konflikcie. Zdecydowałem się na zamieszczenie tego artykułu w związku z informacjami, jakie docierają do nas z tego rejonu świata.
A już w kolejnych dniach dowiesz się drogi czytelniku m.in. o tym jak czuje się Rzymski Katolik, wśród braci obrządku Prawosławnego. Opowiem, o sposobach na zaznanie przyjemności nad Jeziorem Galilejskim, przybliżę zabawy muzułmańskiej młodzieży, będzie też o karabinach i smartfonach. Wszystko to już niedługo, a tym czasem zachęcam do poznania historii Musaba.
„Syn Hamasu” – nie jest opowieścią o damsko- męskich wzlotach i upadkach, sam główny bohater, nie ma doświadczenia w romansowaniu, nie ma tam żadnej tajemniczej nieznajomej, a jednak opowieść Musaba Hasana Jusufa, przeniknięta jest miłością i to tak dramatyczną, że aż trudno to sobie wyobrazić.
Musab kocha swojego ojca – Hasana Jusufa. Kocha tak bardzo, że w świecie konfliktu palestyńsko – izraelskiego pomaga w uwięzieniu ukochanej osoby, aby ratować jej życie. Ojciec Musaba jest przywódcą Hamasu, Sam Musab oficjalny postrzegany jako „następca tronu”, w rzeczywistości jest izraelskim szpiegiem. W swojej działalności stara się przyczynić do szerzenia pokoju, jednak zdaje sobie też sprawę, że sytuacja na Bliskim Wschodzie to węzeł gordyjski. Musi stawać przed wyborem czy wydać na śmierć jedną osobę, aby uratować inne niewinne istnienia ludzkie. Spotyka szczerych przyjaciół, którzy wydają się dobrymi ludźmi, kochającymi rodzicami, wspaniałymi małżonkami, jednocześnie mając ręce splamione krwią aż po łokcie. Świat przedstawiony w „Synu Hamasu” nie jest czarnobiały, nic w nim nie jest jednoznaczne, to co prowadzi głównego bohatera przez ten świat, to ogromna miłość do bliskich i wiara w jedynego Boga. Te cechy pomagają Musabowi przejść ewolucję od rzucającego z Żydów kamieniami palestyńskiego nastolatka, do roli asa izraelskiego wywiadu. Ostatecznie, kierowanie się miłością sprawia, że Musab odkrywa Jezusa, w nim odnajduje prawdziwą wiarę i po raz kolejny odmienia swoje życie.
poniedziałek, 8 października 2012
U Marii Magdaleny
Najpiękniejsze kazanie jakie dotychczas usłyszałem, było wygłoszone w języku angielskim przez hiszpańskiego kapłana, do grupki młodych ludzi z meksyku i Polski. Ale nie język i narodowości były tutaj ważne. Mając za plecami ruiny (trwają tam wykopaliska) Magdali (Maria z Magdali) a przed sobą kapłana, za którego plecami malował się widok nieuczyniony ludzką ręką, słuchałem historii Marii Magdaleny. Ksiądz nie miał za swoimi plecami niczego co spotykamy w znanych nam świątyniach. Nie było widać żadnych świętych na obrazach, żadnego witraża, czy ozdobnych rzeźb. Za kapłanem znajdowały się trzciny i wody Jeziora Galilejskiego. Widok, jaki nieraz musiał ukazywać się oczom Jezusa i jego uczniów. W tej okolicy przebywała też Maria Magdalena, tutaj żyła. tutaj wiodła swoje grzeszne życie. Chociaż jej profesja pogrążyła ją w grzechu, mogła ona wieść dostatnie życie. Maria Magdalena była kobietą zamożną. A jednak kiedy spotkała Jezusa, porzuciła swoje choć grzeszne, to bardzo dochodowe zajęcie, zrezygnowała z dostatniego życia i poszła za Zbawicielem. Zatem odrzucenie cudzołóstwa nie było tylko rezygnacją z życia, które groziło ukamienowaniem przez zbulwersowanych jej prowadzeniem się Żydów, ale także, a może przede wszystkim rezygnacją ze sporych profitów i wygód. Pójście za Chrystusem wcale nie poprawiało ziemskich warunków życia, wręcz przeciwnie. Maria Magdalena wyrzekając się grzechu, pozostawiła również wygody ziemskiego życia.
Postać Marii z Magdali jest ostatnio często przywoływana, ponieważ według rządnych sensacji twórców, miała ona być żoną lub kochanką Jezusa Chrystusa. Ale ta nowotestamentowa postać, ma jak widać nam dużo więcej do przekazania. W Świecie, w którym zabójstwo dziecka, czy bluźnierstwa są nagradzane uznaniem i sławą warto przyjrzeć się tej, która odbyła drogę w drugą stronę, zamiast w grzechu kroczyć wśród ziemskich zbytków, zwróciła się w stronę Boga.
Jezus powiedział do chcących ukamienować cudzołożnicę "kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". To pytanie, tyczy się również nas, czy w naszym życiu nie kroczymy ścieżką grzechu, za cenę łatwiejszego życia? Ile to razy słyszymy lub sami mówimy, że "przecież trzeba jakoś żyć". To samo mogła powiedzieć Maria z Magdali Jezusowi. "Przecież muszę jakoś żyć", "Takie są czasy". Ona jednak poszła za Zbawicielem, nie tłumaczyła się, nie szukała wymówek.
Postać Marii z Magdali jest ostatnio często przywoływana, ponieważ według rządnych sensacji twórców, miała ona być żoną lub kochanką Jezusa Chrystusa. Ale ta nowotestamentowa postać, ma jak widać nam dużo więcej do przekazania. W Świecie, w którym zabójstwo dziecka, czy bluźnierstwa są nagradzane uznaniem i sławą warto przyjrzeć się tej, która odbyła drogę w drugą stronę, zamiast w grzechu kroczyć wśród ziemskich zbytków, zwróciła się w stronę Boga.
Jezus powiedział do chcących ukamienować cudzołożnicę "kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". To pytanie, tyczy się również nas, czy w naszym życiu nie kroczymy ścieżką grzechu, za cenę łatwiejszego życia? Ile to razy słyszymy lub sami mówimy, że "przecież trzeba jakoś żyć". To samo mogła powiedzieć Maria z Magdali Jezusowi. "Przecież muszę jakoś żyć", "Takie są czasy". Ona jednak poszła za Zbawicielem, nie tłumaczyła się, nie szukała wymówek.
Miecz
Miał on należeć do Godfryda de Bouillon. jednego z pierwszych Krzyżowców, który przekroczył mury Jerozolimy. Wybrany na króla Świętego Miasta, odmówił tej godności i przyjął tytuł Obrońcy Grobu Świętego.
Pamiętam z lekcji historii opowieści o żądnych pieniędzy rycerzach, którzy wyruszyli z Europy na bliski wschód, pod fanatycznymi hasłami obrony Świętego dla Chrześcijan miejsca. Wizyta w Jerozolimie, upewniła mnie, że w szkole przekazano mi nieprawdę na temat Wypraw Krzyżowych.
Upewniła mnie w tym nie lektura kolejnej książki, czy artykułu z zakresu historii średniowiecza, a doświadczenie.
Po pierwsze wszystkim głoszącym obraz krzyżowców jako bandy żądnej bogactw, proponuję konną jazdę w kolczudze nawet nie po pustynni, ale chociażby po polach otaczających Tyberiadę. Nie musiałem dosiadać wierzchowca, ani zakładać zbroi by przekonać się, że dla Europejczyka przebywanie w takim klimacie do przyjemnych raczej nie należy, szczególnie dla tych, którzy pochodzili z północy. Czy dla ziemskich zbytków warto było tak się poświęcać? Śmiem wątpić, by samo złoto przez dłuższy czas wystarczyłoby dla podtrzymania Idei wypraw krzyżowych.
Po drugie, to złoto z pewnością było niezbędne by do Ziemi Świętej dotrzeć, była to długa i kosztowna wyprawa, która nie gwarantowała zysków, za to trudy i niewygody były gwarantowane.
I wreszcie po trzecie. Wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego, możliwość stąpania po ziemi, po której chodził Jezus Chrystus, to również niesamowite doświadczenie dla każdego Chrześcijanina. To doświadczenie, które umacnia naszą wiarę (więcej o tym wkrótce). Nie dziwmy się, więc że pojawili się ludzie, którzy chcieli dać szansę wiernym na bezpieczne pielgrzymowanie.
Że walczyli o to mieczem? A jak mieli walczyć z cywilizacją, która od stuleci w imię świętej wojny waliła mniej lub bardziej skutecznie do bram Europy?
Pamiętam z lekcji historii opowieści o żądnych pieniędzy rycerzach, którzy wyruszyli z Europy na bliski wschód, pod fanatycznymi hasłami obrony Świętego dla Chrześcijan miejsca. Wizyta w Jerozolimie, upewniła mnie, że w szkole przekazano mi nieprawdę na temat Wypraw Krzyżowych.
Upewniła mnie w tym nie lektura kolejnej książki, czy artykułu z zakresu historii średniowiecza, a doświadczenie.
Po pierwsze wszystkim głoszącym obraz krzyżowców jako bandy żądnej bogactw, proponuję konną jazdę w kolczudze nawet nie po pustynni, ale chociażby po polach otaczających Tyberiadę. Nie musiałem dosiadać wierzchowca, ani zakładać zbroi by przekonać się, że dla Europejczyka przebywanie w takim klimacie do przyjemnych raczej nie należy, szczególnie dla tych, którzy pochodzili z północy. Czy dla ziemskich zbytków warto było tak się poświęcać? Śmiem wątpić, by samo złoto przez dłuższy czas wystarczyłoby dla podtrzymania Idei wypraw krzyżowych.
Po drugie, to złoto z pewnością było niezbędne by do Ziemi Świętej dotrzeć, była to długa i kosztowna wyprawa, która nie gwarantowała zysków, za to trudy i niewygody były gwarantowane.
I wreszcie po trzecie. Wizyta w Bazylice Grobu Pańskiego, możliwość stąpania po ziemi, po której chodził Jezus Chrystus, to również niesamowite doświadczenie dla każdego Chrześcijanina. To doświadczenie, które umacnia naszą wiarę (więcej o tym wkrótce). Nie dziwmy się, więc że pojawili się ludzie, którzy chcieli dać szansę wiernym na bezpieczne pielgrzymowanie.
Że walczyli o to mieczem? A jak mieli walczyć z cywilizacją, która od stuleci w imię świętej wojny waliła mniej lub bardziej skutecznie do bram Europy?
czwartek, 4 października 2012
U młodszych braci w wierze.
Stary chevrolet zatrzymał się ostro hamując ostro. Kierowca opuścił szybę i spytał po angielsku, czy wiemy dokąd idziemy. Odpowiedzieliśmy, że tak, przecież wędrujemy z trzema różnymi przewodnikami w plecakach i każdy wskazują taką samą trasę. Ale kierowca, nie dał za wygraną i chciał się upewnić, czy przypadkiem nie zamierzamy wędrować w głąb osiedla. Uspokoiliśmy go, że do centrum tej arabskiej części Jerozolimy się nie wybieramy, a jedynie będziemy spacerować po obrzeżach, zmierzając w kierunku Doliny Cedronu. Uspokojony kierowca odjechał. Dlaczego tak się o nas troszczył?
Był chrześcijaninem, tak jak my, o czym świadczył krzyż, zawieszony n jego szyi, a dookoła wnosiły się muzułmańskie zabudowania. To, że była końcówka ramadanu, nie zmieniało faktu, że jesteśmy tutaj niemile widziani, a raczej zwiększało prawdopodobieństwa zarobienia guza podczas spaceru.
Wiek budynków, obok których przechodziliśmy, trudno było ocenić, kolejne piętra budowane były z innego budulca, co pokolenie wznoszono jak widać kolejną kondygnację, aby kolejny syn, mógł zamieszkać ze swoją rodziną nad rodzicami. Drzwi jednego z domów otworzyły się, wyszedł mały chłopiec z workiem śmieci i jego zawartość wyrzucił zaraz za progiem, siedzący nieopodal arab zaczął głośno krzyczeć na malca, zwracając zapewne uwagę, na to, że ten zaśmieca teren przed domem. Zawartość wróciła do worka,… na chwilę. Pięć kroków dalej był chodnik, tutaj leżące śmieci nie drażniły już starego araba, w końcu chodnik jest wspólny, czyli niczyj. Nie ma się więc czym przejmować.
Przejmować nie trzeba się również tym, że dzikie wysypiska śmieci wpisały się w krajobraz osiedla. Zapewne takich chłopców wyrzucających codziennie śmieci przed domem jest tutaj więcej.
Mijamy zdezelowane samochody, przy których stoją młodzi muzułmanie, staramy się im nie przyglądać, oni też póki co nie zaprzątają sobie nami głowy.
Sytuacja zmienia się, kiedy wyprzedziliśmy grupkę maluchów. Musieliśmy ich swoją obecnością rozzłościć, bo zaczynają biec za nami i wykrzykiwać. Dokładnie nie wiemy co chcieli, ale nie brzmiało to jak przyjacielskie zawołanie. Napotkany wcześniej ksiądz opowiadał nam, że od takich szkrabów można oberwać kamieniem. Nasze szczęście, że skończyło się tylko na pokrzykiwaniu. Możemy się tylko domyślać, jak zareagowaliby młodzieńcy przy samochodach, gdybyśmy spróbowali dyskutować z biegnącymi za nami małolatami. Szczęśliwie docieramy w końcu do doliny Cedronu. Znikają domy muzułmanów, a zaczynają otaczać nas groby. Jest to miejsce znacznie spokojniejsze i skłaniające do refleksji. Zastanawiają tylko płoty umieszczone przy żydowskich grobach. Czyżby miały one chronić, przed mieszkańcami sąsiedniego osiedla?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
